niedziela, 29 maja 2011

Barca vs. Manchester United 3-1, czyli “El futbol et torna el que li dones”*

FC Barcelona najlepszym klubem Europy! Wciąż jestem oszołomiony wczorajszym występem. Był to jeden z najlepszych finałów jakie miałem możliwość oglądać, pod względem dramaturgii nic nie przebije finału ze Stambułu, ale pod względem pokazu pięknej gry – ten przebija wszystkie. Messi jest geniuszem i to najczystszego kruszcu. To co robi ten mały/wielki Argentyńczyk na boisku sprawia, że nawet najwięksi przeciwnicy piłki nożnej zaczynają ją kochać. Magia.

Manchester United został zdeklasowany i mimo dobrych pierwszych 8/9 minut nie potrafił się przeciwstawić Xaviemu i spółce. Sir Alex Ferguson po meczu powiedział: [Barcelona] To najlepszy zespół z jakim kiedykolwiek graliśmy – i jeśli mówi to menadżer z takim stażem, to jest to komplement nie do przebicia.

Manchester nie ma się czego wstydzić: chcieli zagrać w swoim stylu, ale zostali pokonani przez drużynę lepszą. United pokazali klasę po meczu, jak i w jego trakcie, obyło się bez przepychanek, aktorstwa i chamstwa, ale jak już wiele razy pisałem jaki klub, tacy ludzie. Bo wczoraj najważniejszy był futbol, a nie ego jakiegoś Portugalczyka. Kibice po meczu podziękowali obu zespołom za widowisko, a piłkarze i trenerzy sobie nawzajem. To było święto piłki nożnej.

Barcelona zagrała tak, jak zagrać miała. Wielkie drużyny są stworzone do wielkich meczów.

Xavi grał jak Humphrey Bogart w Casablance, Iniesta był jak Ghostface Killah na pierwszych płytach Wu-Tang Clanu, Messi czarował niczym Hudini, a reszta zespołu nie odstępował ich ani o krok. Guardiola znakomicie przygotował drużynę do najważniejszego meczu w tym sezonie. In Pep we trust – pisałem już tę frazę wielokrotnie, ale jak mógłbym jej nie pisać, skoro jeszcze nigdy Pep mnie nie zawiódł?! Niesamowite trzy lata, w których trzy razy wygraliśmy Ligę i dwa razy Ligę Mistrzów!

Wczoraj przeżyliśmy coś wyjątkowego. Począwszy od asysty Xaviego, który zmylił całą obronę Manchesteru i otworzył drogę do bramki Pedro, po cudowny gol Messiego i jeszcze lepszy gol  El Guaje. Ten ostatni gol ucieszył mnie najbardziej, bo to właśnie Villa był najbardziej krytykowany przez wszystkich za słabą grę. Ale po raz kolejny: wielkie mecze stworzone są dla wielkich zawodników. Villa harował jak wół, by móc podnieść puchar Europy, biegał, wracał do obrony i strzelił kończącego gola. Wycierpiał się, ale uwierzcie: opłacało się.

Kolejna niesamowita historia finału, to występ Abidala od pierwszej do ostatniej minuty. Abidala, który 72 dni wcześniej przeszedł operację usunięcia guza z wątroby. Abidala, który stanął w obliczu strasznej choroby, ale pokazał, że można z nią wygrać i że nic nie przebije pragnienia życia. I w końcu Abidala, który w opasce kapitana podniósł Puchar jak0 pierwszy. Puyol nie miał wątpliwości, że to właśnie Francuz zasługuje na to najbardziej ze wszystkich. Wielki powrót, wielkiego Erica: to największa wygrana tego sezonu i tego klubu.

 Mes que un club, więcej niż klub – wczoraj motto Barcelony było wypisane w gestach i na twarzach zawodników i trenerów.

Próbuję zebrać najwspanialsze momenty wczorajszego finału, ale było ich tak wiele, że trudno byłoby je wszystkie wyliczyć.  To był bardzo ciężki sezon, w którym musieliśmy się przeciwstawić nie tylko drużynom piłkarskim, ale także mały ludziom ze stolicy Hiszpanii, którzy próbowali (wciąż próbują biedacy) umniejszać, to co osiągnęliśmy. Ale na szczęście na końcu zwyciężył futbol, zwyciężyły talent i ciężka praca, skromność i klasa.

 

Barcelona zaprezentował wczoraj światu futbol XXI wieku. Wszyscy młodzi ludzie, którzy chcą grać w piłkę, powinni oglądać mecze tej Barcelony jak najczęściej. Dla młodych, to dobra szkoła i demonstracja tego, że najważniejsza jest głowa, a nie siła fizyczna, Dla trochę starszych osób, to powrót do dziecięcych marzeń kiedy staliśmy na boisku i chcieliśmy trzymać piłkę przy nodze, podawać ją do kolegi, strzelać gole tak, jak robią to zawodnicy Barcelony.

Wczoraj napisałem, że jestem dumny, dziś mogę tylko to powtórzyć. Ściągnijcie sobie ten mecz, wypalcie na dvd, obejrzycie go jeszcze raz i jeszcze raz, bo ci zawodnicy na to zasługują.  Chyba głos mi się łamie…

Czas świętować!

Visca el Barca y visca Catalunya!

* Hasło w tytule posta jest umieszczone na specjalnych koszulkach, które przygotował klub z okazji zwycięstwa w finale Ligi Mistrzów, a oznacza w wolnym tłumaczeniu : Futbol oddaje ci to, co ty dajesz jemu. Lepiej brzmi w języku katalońskim, ale sens jest jasny.

Czytaj dalej ...

sobota, 28 maja 2011

Barca vs. Manchester 3-1! Jestem dumny!

Co za wieczór! Campeones!!!!!!! Guardiola właśnie prowadzi zespół po medal i puchar! A ja jestem szczęśliwy i dumny!

Co za styl, co za klasa tej wspaniałej drużyny! Na więcej mnie teraz nie stać. Cieszmy się, bo oglądamy najlepszą drużynę na świecie. Jesteśmy szczęściarzami.

Co za drużyna. Abidal właśnie podniósł puchar! Co za historia.

Visca el Barca, visca Catlunya!

Czytaj dalej ...

Real Madryt: Podsumowanie sezonu 2010/11

fot. AP/FOTOLINK

Tydzień po tym jak wybrzmiał ostatni gwizdek sezonu 2010/11 Primera Division nadszedł czas na chłodną analizę i ocenę dokonań Królewskich. W ostatnich dziesięciu miesiącach na Concha Espina działo się dużo, zarówno na boisku jak i w biurach Santiago Bernabeu. I choć sprawy administracyjne decydują także o wynikach czysto sportowych, warto obie dziedziny rozpatrzyć osobno.

Od momentu, gdy pod obustronną umową Florentino Perez i Jose Mourinho nakreślili swoje podpisy, wiadomo było, że w Realu Madryt bieg spraw ulegnie zmianie. The Special One nie godzi się przecież, by zarząd decydował o kształcie drużyny, tymczasem dyrektorzy w Madrycie lubią poza swoje kompetencje wykraczać. Poprzednicy Mourinho byli więc często – w większym lub mniejszym stopniu – figurantami, których nie darzono wystarczającym zaufaniem, by dać im pełną swobode dowodzenia najkosztowniejszym składem na świecie.

Manuel Pellgrini do tej pory cieszy się wśród ekspertów znakomitą renomą, i współczuciem za los, jaki go w Realu spotkał. Chilijczyk, któremu zabrano piłkarzy na których liczył (Snejider, Robben), wciśnięto tych, których nie chciał (Kaka) był lekceważony przez prezesa, u którego nie mógł doprosić się choćby jednego spotkania, a na koniec – udanego zdaniem wielu – sezonu, niewdzięcznie wyrzucony na bruk. Ale patrząc z innej perspektywy, można zapytać, dlaczego Pelle godził się na takie warunki, skoro wiedział, że szkodzą one drużynie i nie pozwalają zbudować w szatni dobrej atmosfery i mentalności zwycięzców. Koniec końców, znosił bez sprzeciwu złe traktowanie nie tylko jego samego, ale też drużyny. Taki trener może być lubiany i szanowany za osobistą kulturę, ale na ławkę Realu Madryt w obecnych warunkach zwyczajnie się nie nadaje. Tu trzeba kogoś od zadań specjalnych.

I to jest pierwszy argument na rzecz The Special One. Jego konfrontacyjny i bezkompromisowy charakter pozwolił mu skutecznie walczyć o dobro zespołu. Zaczęło się od przemeblowania składu i zmiany polityki transferowej. Real kupował tanio i zawodników autentycznie przydatnych według kryterium umiejętności i pomysłu szkoleniowca na drużynę. Walory marketingowe przestały mieć znaczenie. Dalej, niezbyt długo znosił molochowaty charakter administracji klubu i doprowadził do uproszczenia struktur zarządzających. Jorge Valdano, za którym do tej pory prezes skrywał się przed trenerami, został ostatecznie usunięty. Wziąwszy pod uwagę bliskość, w jakiej Perez i Valdano pozostawali od lat, to zwycięstwo Mourinho jest zadziwiające. Jeszcze przed sezonem nikt by nie uwierzył, że to argentyński dyrektor opuści Real Madryt zanim zrobi to portugalski trener.

Jednak ta zmiana, sama w sobie korzystna, niesie też pewne ryzyko. Oto, tak jak wcześniej prezes wkraczał w kompetencje trenerów, teraz to trener dyktuje prezesowi jak prowadzić administrację. A trenerzy mają to do siebie, że działają w raczej krótkiej perspektywie jednego-dwóch sezonów, a czasem wręcz paru pojedynczych meczów. Zwłaszcza Mourinho, który nigdzie dotąd dłużej nie zagrzał miejsca i – wbrew naiwnym nadziejom Pereza – nie zagrzeje go także w Realu Madryt. I nie zawaha się on zmobilizować całego klubu do destruktywnych działań, byle tylko odwrócić uwagę od jednego meczu, jednej porażki. Oczywiście nie można go za to winić. W końcu został on zatrudniony, by wygrywać trofea i po prostu stara się jak najskuteczniej wykonywać swoją robotę. To prezes powinien być tym, który tonuje nastroje i potrafi zdystansować się od kontrowersji awanturniczego szkoleniowca, niczym ojciec wezwany przez dyrektora szkoły, bo syn nabroił. Ta sytuacja pokazuje słabość Florentino Pereza na swojej funkcji i każde martwić się o losy klubu, kiedy JM już odejdzie. O ile do tej pory UEFA nie wyrzuci go dożywotnio ze swoich rozgrywek.

Przejdźmy teraz do spraw najważniejszych, a więc wyników sportowych. Nie ulega wątpliwości, że ten sezon był dla Realu Madryt dobry. Pod względem osiągnięć we wszystkich rozgrywkach jesteśmy w trójce-czwórce najlepszych klubów Europy. Jedyna drużyna, która okazała się poza naszym zasięgiem to Barcelona, ale nawet ją pokonaliśmy w Pucharze Króla. Wziąwszy pod uwagę jak młodych mamy zawodników i jak mało czasu dotąd ze sobą spędzili, półfinał LM, Copa del Rey a w lidze liczba punktów, która dałaby nam mistrzostwo w każdym innym kraju to wynik bardzo obiecujący.

Ale osiem punktów na dziesięć, które Święty Iker sam przyznał drużynie to ocena lekko zawyżona. Nikt nie zaprzeczy, że 'dziesiątka' to potrójna korona i do tego celu Real Madryt musi zmierzać. Jeśli brakuje nas w finale najważniejszych rozgrywek, a faktyczne szanse na mistrzostwo przegrywamy na kilka kolejek przed końcem ligi, to żaden madridista nie będzie szczególnie szczęśliwy.

Dla mnie właśnie porażka w wyścigu o Primera Division była najbardziej bolesna, bo jej styl sugeruje, że Mourinho poświęcił krajowy tytuł dla Pucharu Europy. Kluczowy był mecz ze Sportingiem, którego pierwsza połowa była w wykonaniu Los Blancos skandaliczna przede wszystkim w kategoriach ambicji, motywacji. W dodatku zabrakło oszczędzanych na Barcelonę kluczowych piłkarzy i w efekcie, zamiast naciskać zmęczoną i poobijaną drużynę Guardioli w najtrudniejszej fazie sezonu, straciliśmy do niej dystans. Rozumiem logikę, że skupiwszy się na meczach z Barceloną kosztem ligowych starć ze śrdeniakami i słabeuszami (także porażka z Sargossą 2:3), drużyna mogła wygrać – i wygrała – coś bardziej namacalnego niż utrzymanie szans na mistrzostwo, którego być może i tak by nie było. Przynajmniej madridistas mogli spotkać się na Cibeles i znów świętować triumf swojej drużyny. Ale pamiętajmy, że Real Madryt to drużyna, która tradycyjnie powinna walczyć o wszystkie możliwe trofea, a nie sama ograniczać swoje ambicje, nawet kiedy staje przeciw najlepszej Barcelonie w historii.

Potraktujmy więc miniony właśnie sezon jako pierwszy, obiecujący krok ku odzyskaniu pełni chwały Realu Madryt. W nowym roku nie będzie już wymówek.

To powiedziawszy, warto odpowiedzieć tym, którzy twierdzą, że Real Madryt Pellegriniego nie był gorszą drużyną niż obecny (a w konsekwencji, on sam nie jest gorszym trenerem od Mourinho). To fakt, że dystans w tabeli między obiema potęgami La Liga w zeszłym roku był troszkę mniejszy. Tylko pamiętajmy, że od początku marca począwszy, Real mógł się skupić już tylko na lidze, 'dzięki' temu, że wcześniej skompromitował się w Copa del Rey i nie sprostał Lyonowi w LM. Lyonowi, który w całym dwumeczu z nami w obecnym sezonie, ani przez moment nie był w następnej rundzie, a ostatecznie poległ zdecydowanie. Ubiegłoroczna drużyna wystarczała na europejskich średniaków, przeciw mocniejszym rywalom potrafiła najwyżej nawiązać walkę. Ta aktualna potrafi pokonać każdego, nawet jeśli zdarzy jej się potknąć przeciw słabszej drużynie. Na tym polega różnica.

Ogromny potencjał zespołu Mourinho widzieliśmy w ostatnich kolejkach sezonu. Masakra, jakiej dokonaliśmy na Valencii, Sevilli czy Almerii pokazują na co stać tę drużnę, kiedy gra swobodnie i swoją grą może się cieszyć. A wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają, że w nowym sezonie będzie jeszcze lepiej. Kadra jest uzupełniana bardzo sprawnie, szybkość, z jaką nowi piłkarze pojawiają się w Madrycie wskazuje, że klub doskonale zaplanował transferową ofensywę. W nowym roku wszyscy nasi młodzi piłkarze będą też trochę bardziej doświadczeni i trochę bardziej zgrani, a więc też pewniejsi siebie. Zatem cele też muszą postawić przed sobą ambitniejsze.

Największe rozczarowanie: Pedro Leon
W szranki z byłym skrzydłowym Getafe mógłby śmiało stanąć Canales, ale ten ostatni ma jeszcze więcej kariery przed sobą, kariery być może w Madrycie, kiedy wróci z prawdopodobnego wypożyczenia. Pedro zaś – choć na razie o ofertach ani słychu – chyba już przegrał swoją szansę w Realu. Na pewno nie pomgół mu fakt, że jego transfer by decyzją sprzed panowania Mourinho. Portugalczyk nie lubi dzielić się zasługami, zwłaszcza z wrogami (Valdano), ale swoje szanse Leon dostawał. Miał świetne momenty (gol w Mediolanie), ale też nie udowodnił, że zasługuje na grę w pierwszym składzie. Może nie zdążył, bo niesubordynacja dość szybko kosztowała go miejsce w składzie meczowym, a bójka z Gago w zimie po jednym z treningów tylko potwierdziła jego mentalne nieprzygotowanie do konkurencji na najwyższym światowym poziomie. Szkoda, bo umiejętności mu nie brak. Oby zdołał je w pełni zademonstrować w nowym sezonie. Już nie na Santiago Bernabeu.

Najbardziej bezużyteczny piłkarz: Fernando Gago
Argentyńczyk, po niezłym pierwszym sezonie w Madrycie, z roku na rok tracił na znaczeniu. Tym razem upadł na dno, w dodatku trzymając się za kolano i jęcząc z bólu. To kontuzje były bowiem najwięszką zmorą Gago, przekreślając jego szanse na choćby rywalizację o miejsce w drużynie. Oczywiście zasługuje on na współczucie, na pewno o te kontuzje się nie starał. Ale też jeśli ktoś wciąż łapie nowy uraz zanim wróci do pełni zdrowia po starym, to w pewnym momencie miarka absurdu może się przebrać. Dziś chyba nikt w Madrycie już nie liczy na Fernando i po jego transferze wszyscy odetchną z ulgą. Także on sam, bo wreszcie będzie mógł zamknąć pechowy rozdział i liczyć na nowe otwarcie w innym miejscu.

Najbardziej kontrowersyjna postać: Jose Mourinho
Mou zbyt dużej konkurencji nie miał. W minionym sezonie wszczął wojnę na każdym możliwym froncie, nie pominął nawet zastępcy prezesa własnego klubu, czego wymierne skutki poznaliśmy parę dni temu. Ale kontrowersja kontrowersji nierówna. O ile atak Mourinho na Manolo Preciado był niekonieczny, pretensje wobec sędziów spodziewane, a szarża na UEFA lekko żenująca, to odsunięcie od władzy Jorge Valdano było chyba krokiem niezbędnym i działającym na korzyść zespołu. Tylko nie mając nad sobą niechętnego dyrektora trener faktycznie mógł skroić zespół wedle własnego projektu. Z całym szacunkiem dla Valdano i jego lojanlości wobec Realu Madryt, wygląda na to, że pożytek z piastowania przez niego funkcji (o bardzo mglistych kompetencjach, trzeba zaznaczyć) miał wyłącznie Florentino Perez. W tej wojnie z argentyńczykiem, za Mourinho przemawiają wyniki i wyrazisty charakter drużyny, który zaczyna być widoczny po raz pierwszy od przynajmniej trzech-czterech lat.

Najbardziej niezastapiony piłkarz: Xabi Alonso
Z czterech porażek odniesionych przez nas w lidze, Xabiego zabrakło przy trzech: z Osasuną, Sportingiem i Saragossą. To w tych meczach straciliśmy dziewięć punktów, których zabrakło nam do mistrzostwa. Kiedy nie gra Xabi, nasz atak pozycyjny praktycznie nie funkcjonuje. Brakuje płynności, rytmu, sprawnych przerzutów ze skrzydła na skrzydło, brakuje reżysera gry. Ani Granero ani tym bardziej Khedira jako rozgrywający nie są w stanie zastąpić reprezentanta La Roja. Nawet brak C-rona nie był odczuwalny tak dotkliwie, o ile tylko Xabi był na boisku. W Santander, z Benzemą i Adebayorem w ataku dowodzeni przez Alonso Królewscy pokazali być może nawet najładniejszą piłkę w całym sezonie. Cieszmy się, że mamy choć jednego Xabiego, jednocześnie mając nadzieję, że Sahin okaże się jego pełnowartościowym zmiennikiem.

Największy postęp: Marcelo
Z miesiąca na miesiąc, tak jak dredy na jego głowie, rósł jego wpływ na grę drużyny. Gdy nadszedł czas maratonu Gran Derbi, w przeciwiestwie do deprymującego jesiennego clasico, nasz obrońca błysnął szczytem formy i zalety, które demonstrował przed szesnastym kwietnia, pokazał jeszcze dobitniej. Kiedy wygrywał pojedynki z Messim, Pedro i Alvesem wyglądał jak Ashley Cole za najlepszych lat. Najlepsze jest jednak to, że przy każdej z trzech bramek Królewskich w tym maratonie, miał kluczowy udział. W sumie, w tym sezonie strzelił szcześć goli, z czego cztery były najważniejszymi, pierwszymi trafieniami. Zanotował też siedem asyst. Jeśli chodzi o grę obronną, w lidze ma średnią dziewięciu odbiorów na mecz, co jest wynikiem niepobitym nawet przez lewych obrońców Barcelony (przez cały sezon było ich paru). Do tego dołożył debiut w roli kapitana. Fantastyczny sezon dla Marcelo, który także stylem gry ciążącym zdecydowanie ku ofensywie, w pełni dorósł do miana następcy Roberto Carlosa.

Najlepszy piłkarz: Cristiano Ronaldo
W tej kategorii niespodzianki być nie mogło. Pobity rekord Hugo Sancheza, pobity rekord Messiego całkowitej liczby bramek w sezonie (czekamy jeszcze na finał LM) aż nadto wystarczają za uzasadnienie. Bez wątpienia historyczny sezon dla CR7, który zgodnie z oczekiwaniami był lokomotywą dla ataku Realu Madryt. Ale jak na tak galaktyczne statystyki, trofea, ku którym poprowadziłby drużynę nie nadeszły w obfitości. Pół serio można powiedzieć, że jego pichichi to drugi obok Pucharu Króla tytuł drużyny Królewskich, bo w końcu cały zespół mocno się napracował, żeby Cristiano te bramki zdobywał. Miejmy zatem nadzieję, że Ronaldo zaspokoił już swoją indywidualną ambicję i teraz skupi się w większym stopniu na tym, jak najskuteczniej pomóc drużynie zdobyć Puchar Mistrzów i krajowy tytuł. 

Czytaj dalej ...

piątek, 27 maja 2011

Gran Final, czyli Barca vs. ManU

FC Barcelona vs. Manchester United, Wembley, Londyn, sobota, 28 maja 2011 roku, godzina 20.45, Polsat i Internet

Jutro Wielki Finał i wypada napisać, że opłacało się czekać! Sezon nie był łatwy, ale pokonaliśmy zmęczenie, pokonaliśmy przeciwników dzięki czemu teraz możemy z niecierpliwością i kibicowskim podnieceniem czekać na pierwszy gwizdek sędziego. Święto piłki, bo inaczej nie można tego określić, przyciągnie przed telewizory rekordową widownię, ile osób obejrzy ten finał w Polsce? Nie wiem, wiem, że ja obejrzę go na pewno.

Dla kibica Barcelony najważniejszy mecz sezonu, to ten z RM, ale skoro w tym sezonie już się z nimi uporaliśmy (pewnie wciąż wielu kibiców Moudridu pyta por que), to mecz  z Manchesterem wchodzi na pierwszy plan. Nie może być inaczej, bo przecież to finał Ligi Mistrzów! Czy jestem podekscytowany? No pewnie, że jestem! Tym bardziej,  że gramy z United, drużyną, którą pokonaliśmy w 2009 roku także w finale. Drużyną, która nie ma u mnie zbyt wiele sympatii (z angielskich drużyn preferuję Arsenal i Tottenham). I drużyną, która będzie chciała pokazać światu, że może pokonać Barcelonę.

Obejrzałem ostatnio kilka/kilkanaście razy finał z 2009 roku i jestem ciągle pod wrażeniem jak zagrała Barca. Biorąc pod uwagę wszystkie utrudnienia (brak Abidala i Alvesa, Iniesta z Puyolem grali z kontuzjami!), był to występ doskonały, ale nie mam wątpliwości, że obecna Barcelona wygrałaby spokojnie z Barceloną ad.2009. Czy to oznacza, że i tym razem pokonamy Manchester? Z całego serca wierzę, że tak.

Zdaję sobie sprawę, że i sir Alex nie przespał tych dwóch lat i jego drużyna jest lepsza od tej z 2009 roku (nie może być inaczej skoro pozbyli się CR, co przyznaje sam Evra), ale więcej przemawia za Barceloną. Po prostu. Wszyscy w składzie są zdrowi i wypoczęci (mam nadzieję), takiej sytuacji Barcelona nie zaświadczyła chyba w tym sezonie, żeby wszyscy zawodnicy byli zdrowi i gotowi do walki. Co jeszcze bardziej pokazuje jak dobrą drużyną jesteśmy.

Finał się zbliża, a ja tracę kontakt z rzeczywistością, rozegrałem już ten mecz z tysiąc razy w swojej głowie (i chyba ani razu nie przegrałem… ), ciągle myślę o ustawieniu i kto powinien zagrać, do tego dochodzi wyobrażanie sobie jak zagrają Czerwone Diabły, bo przecież Ferguson coś wymyśli, prawda?! Jutro to się skończy (!), jutro wszystko się wyjaśni.

Myślę o tym meczu i samo myślenie sprawia mi przyjemność, nie ma tu tego napięcia co w El Clasico (ale też ludzie są na innym poziomie dzięki Bogu), za to jest bardzo miłe uczucie podekscytowania i oczekiwania. To będzie jest święto piłki. Od rana zacznie się odliczanie godzin, potem minut, aż w końcu zostaną sekundy, a wtedy niech się dzieje co chce. Ja wiem, że niezależnie od wyniku będę dumny ze swojej drużyny, bo to czego dokonała w tym sezonie jest niesamowite. Tylko głupiec mógłby przekreślić dokonania Barcy po ewentualnej porażce w jutrzejszym finale. Ta drużyna zostanie w pamięci wszystkich kibiców niezależnie od wyniku tego finału, bo co tydzień, od trzech lat, daje nam okazję do oglądania czegoś niezwykłego, czegoś co daje szczęście i poczucie, że piłka nożna to przede wszystkim zabawa.

Barcelona zagra jutro w tym samym stylu, co w każdym meczu, z przeświadczeniem, że jest to najłatwiejszy sposób na pokonanie rywala. Naiwność? Być może, ale jak do tej pory pokonać zdołała nas ledwie garstka, a pokonanych było wielu. Guardiola jest perfekcjonistą, ponoć ciągle niedojada, bo żyje futbolem 24 godziny na dobę, jego zawodnicy są wpatrzeni w niego jak w obrazek. Dla niektórych był idolem z czasów dzieciństwa (Xavi, Iniesta), więc jutro na Wembley, miejscu dla Barcelony szczególnym, zespół wybiegnie na murawę by czerpać radość z gry.

Jaki skład widzę? Valdes, Dani, Abidal, Puyol, Piquenbauer, Busquets, Xavi, Iniesta, Pedro, Villa, Messi.

Nie wiem czy Pep zdecyduje się na wystawienie Erica, ale ja bym się nie wahał ani chwili. Abidal na boisku to dodatkowa motywacja dla drużyny, gdyby poczuł się gorzej zawsze do gry może wejść Mascherano. Reszta składu nie budzi wątpliwości. In Pep we trust!

Wynik może być tylko jeden: 3-1 dla Barcy, kto strzeli te trzy gole nie wiem, ale chciałbym żeby strzelili je Messi, Abidal i Villa… albo wiem! Na gola zasługuje MASCHERANO! Czemu nie?

A Wy gdzie będziecie oglądać ten mecz? Jaki wynik typujecie?

Visca el Barca!

P.S.

Zapewne tak samo jak ja, czytać wszystko na temat tego finału, ale gdyby ktoś coś przegapił, to warto polecić parę artykułów. Rafał Stec jest w Londynie i ciekawie opisuje to co dzieje się w stolicy futbolu (tu i tu). Dariusz Wołowski porównuje siły obu zespołów i jakimś cudem Manchester ma przewagę. Sid Lowe z kolei opisuje relacje jakie łączą  Piquenbauera i Puyola, a także pochyla się nad dziwnym przypadkiem Sergio Busquetsa. Warto przeczytać te rzeczy imho.

Czytaj dalej ...

Przygotuj się na Wembley (wideo)

Ten filmik będzie pokazany jutro przed Finałem:

A ten filmik jest starszy, ale dobrze jest go sobie przypomnieć:

Czytaj dalej ...

piątek, 20 maja 2011

Poznajmy Hamita Altintopa

Clive Rose/Getty Images Europe

Witamy w Madrycie kolejnego piłkarza o turecko-niemieckich korzeniach. Altintop tak jak Sahin, a w przeciwieństwie do Ozila i Khediry, choć urodzony w Niemczech, gra dla reprezentacji Turcji. Swego czasu nawet zarzucał Ozilowi i jemu podobnym, że ulegli lobbingowi, a ich decyzja o reprezentowaniu Niemiec jest oportunistyczna. Tylko czy można tak powiedzieć o kimś, kto w reprezentowanym kraju się urodził i spędził całe życie? Miejmy nadzieję, że wszelkie nieporozumienia zostaną szybko wyjaśnione gdy tylko cała grupa 'ottomańska' spotka się w szatni.

Wygląda na to, że Mou lubi współpracować ze sprawdzonymi ludźmi. Agent Altintopa, Reza Fazeli, prowadzi także interesy Ozila i Sahina, innych wybrańców Josego. Podobnie masowo The Special One korzystał z piłkarzy Jorge'a Mendesa, swojego własnego menadżera reprezentującego także Ronaldo, Di Marię i paru innych piłkarzy Królewskich.

Altintop w Bayernie furory nie zrobił i odszedł stamtąd za darmo, po wygaśnięciu kontraktu. W ostatnim ligowym sezonie zagrał czternaście razy i strzelił dwa gole. Cztery kolejne wypracował, co jest niezłym wynikiem, zważywszy że w pierwszym składzie wybiegał tylko cztery razy. Statystyki najczęściej przytaczane przez prasę mówią o sześćdziesięciu trzech meczach i siedmiu golach Turka przez cztery sezony w Monachium. Z Realem podpisał kontrakt także na cztery lata, warty w sumie około dziesięciu milionów euro.

Do czego Hamit może nam się przydać? Zobaczmy jak charakteryzuje go ekspert od Bundesligi, Rafael Honigstein:


[Altintop to] bardzo rzetelny, pracowity zawodnik. Ma świetny strzał, gorzej z podejmowaniem decyzji. W Bayernie nie zaufali mu nigdy jako środkowemu pomocnikowi, pomagał więc na prawej pomocy bądź obronie, gdzie potrafi być przydatny. Ale najlepsza pozycja dla niego to środek pomocy. Sahin jest jednak dużo, dużo lepszy.

 Zatem kupiliśmy kolejnego środkowego pomocnika, który jednak jest bardzo uniwersalny. Gdy jeszcze grał w Schalke, występował na każdej możliwej pozycji po prawej stronie boiska, nawet jako napastnik. Ta uniwersalność, w połączeniu ze wspomnianą przez Honigsteina pracowitością mogły przekonać Mou do tego, bardzo taniego w pozyskaniu, zawodnika. Można teraz będzie traktować Arbeloę na przykład jako zmiennika dla Marcelo, podczas gdy Altintop mógłby zastępować Sergio Ramosa. Nie jest to może idealne rozwiązanie, ale dało by większe pole manewru niż mieliśmy do tej pory.

Madridistas powinna też ująć nagroda im. Ferenca Puskasa, przyznana Turkowi za najpiękniejszą bramkę roku 2010.



Być może natłok środkowych pomocników, których na razie mamy siedmiu, zapowiada przejście drużyny na grę formacją 4-3-3 w nowym sezonie. Ale trzeba też pamiętać, że najprawdopodobniej Gago i Lass odejdą z  Madrytu latem. W każdym razie, mam nadzieję, że dla Altintopa sam pobyt w Madrycie jest jakąs tam nobilitacją. Wydaje się bowiem, że właśnie zamienił ławkę w Bayernie na ławkę w Realu.

Czytaj dalej ...

środa, 18 maja 2011

Stroje na sezon 2011/2012 już są (niestety)

Wczoraj zaprezentowano oficjalnie (bo nieoficjalne zdjęcia można było zobaczyć już dawno) nasze nowe stroje na sezon 2011/2012. To może najpierw zdjęcie? Proszę bardzo:

Na zdjęciu stoją Puyol i Pedro w jakiś dziwnych koszulkach w cienkie paski i z jakąś reklamą na środku… A tak, to przecież nowe stroje FC Barcelony ehhh. Domowe stroje, które widzicie powyżej są – jakby to powiedzieć – brzydkie. Wiem, że mają wiele zalet np: są zrobione z ośmiu zrecyklingowanych butelek po wodzie i już są najlepiej sprzedawanymi koszulkami w historii Barcelony (nie wiem jak to możliwe…). Wow! A już myślałem, że chodzi o to żeby koszulki były ładne. W ogóle nie podoba mi się zwyczaj zmieniania koszulek co sezon. Wiem, że na tym się zarabia ogromne pieniądze, ale litości! Co rok nowa koszulka?! Do tej pory mieliśmy najładniejsze koszulki, a  teraz będziemy wyglądać jak grupa uciekająca z katarskiego więzienia w kolorach blaugrana.

Wiem, pewnie przesadzam, bo przecież wyjazdowe koszulki nie wyglądają tak źle:

Czarne, ze złotym motywem na środku, prawie jak All-Blacks, ale prawie robi wielką różnicę.

Jestem chyba uprzedzony. Jak widzę tylko tę reklamę na środku, to od razu mi się nie podoba. Jakby ktoś był ciekawy, to logo UNICEF jest umieszczone z tyłu, trochę powyżej pośladków. Tak jakby to miał być jakiś znak…

Podobno RoSell w przyszłym sezonie chce poddać pod głosowanie  kibicom jak ma wyglądać nowa koszulka – ja myślę! Przecież ten człowiek nie ma gustu.

A Wy co sądzicie o naszych nowych strojach?  Tak czy nie?

Czytaj dalej ...

wtorek, 17 maja 2011

Marcelo: Wykorzystana Szansa

Photo by Jasper Juinen/Getty Images Europe

Był szesnasty marca, Real Madryt grał rewanżowe spotkanie z Lyonem na Santiago Bernabeu. Mecz, którego wynik niczym odpowiedź wyroczni miał zadecydować zarazem o losach Florentino Pereza i Jose Mourinho. Dla pierwszego porażka oznaczałaby koniec marzeń o odzyskaniu Pucharu Mistrzów i utraconej wielkości klubu. Prawdopodobnie też koniec trzystu-milionowego projektu Galacticos II. Drugi, przegrywając z Lyonem mógł bezpowrotnie stracić swój blask 'The Special One', przygasły już nieco po jesiennej klęsce z Barceloną i dołączyć do całego szeregu trenerów, którzy nad przepaścią 1/8 LM już stawali i jeden po drugim spadali w nią niczym śmiałkowie, co nie potrafili rozwiązać zagadki Sfinksa. Rzadko kiedy stawka była tak duża.

W pierwszym meczu padł remis 1-1, jeśli spojrzeć na grę Królewskich po przerwie – remis pechowy; jeśli liczyć tylko pierwszą połowę – szczęśliwy. Przed pierwszym gwizdkiem słowackiego arbitra Damira Skominy w Madrycie napięcie było więc ogromne, a oczekiwania jeszcze większe. Gole mieli zapewnić Ronaldo, największa i najdroższa gwiazda, Benzema, ulubieniec prezesa, który strzelił przełamał wreszcie niemoc strzelecką w pierwszym meczu czy Di Maria, sprowadzony z 25 mln euro szybki jak wiatr, błyskotliwy skrzydłowy. Ale wszystkich ich wyręczył obrońca. Marcelo.

W trzydziestej siódmej minucie Brazylijczyk ruszył ze skrzydła w gąszcz obrońców francuskich. Trącił piłkę przed siebie, w stronę Cristiano i zanim dostał precyzyjne podanie zwrotne przebiegł jeszcze parę metrów. Następnie przyjęciem tuż przed polem karnym minął jednego obrońcę, sprytnym zwodem połozył drugiego i strzelił ponad interweniującym Llorisem. Pierwszy tego wieczora wybuch radości madridistas był ogromny, a po nim miały nadejść kolejne, bo Real mecz wygrał i wieloletnią klątwę przełamał.

Marcelo nie tylko zaliczył kluczowe, otwierające trafienie. Wybijał wrzutki sprzed bramki Casillasa, przejmował piłkę na połowie własnej i rywala. Mógł też zaliczyć parę asyst, gdyby koledzy z zespołu byli bardziej skuteczni. Ostatecznie, tylko Benzema wykorzystał jego podanie otwierające drogę do bramki, które Brazylijczyk poprzedził zresztą przechwytem piłki zagranej do Delgado.


Ale mecz z Lyonem nie był ani pierwszym ani ostatnim błyskotliwym występem tego lewego obrońcy. O czynionych przez niego postępach zrobiło się głośno już jesienią, po tym jak Mourinho, sceptyczny na początku sezonu, z czasem przekonał się do Marcelo, wręcz zakochał się w nim – jak sam ogłosił. Ale potem przyszły Gran Derbi na Camp Nou, po których cała drużyna popadła w mentalny kryzys i na parę tygodni straciła formę. Z czasem jednak rany się zabliźniły, depresja zaczęła ustepować i zespół zaczął podnosić się z kolan. Jednym z jaśniejszych punktów całego sezonu był wyjazdowy mecz z Espanyolem, który niemal cały rozegraliśmy w osłabieniu, a mimo to wygraliśmy. Dzięki bramce Marcelo. I od tamtej pory Brazylijczyk grał coraz lepiej, aż stał się jednym z motorów napędowych drużyny i jej kluczowym elementem. Wreszcie.

W Madrycie postarzał się już o pięć lat, choć 'postarzał się' to nie najlepsze określenie w przypadku kogoś, kto w zeszłym tygodniu zamknął ledwie dwudziesty trzeci rok życia. Słuszniej będzie powiedzieć, że przez tę manitę dojrzał i zapuścił korzenie w klubie, choć po okresie burzliwym, pełnym niepewności, w którym Marcelo zachował jednak optymizm i wytrwałość. W końcu dla niego gra w Realu to spełnienie marzeń i skoro już się tu znalazł, ani myślał ruszać się gdzie indziej. W efekcie swoim stażem w drużynie przewyższa dziś więszość kolegów. Kiedy przybył na Bernabeu byli tam już tylko Casillas i Ramos i tylko oni wyprzedzają Brazylijczyka w hierarchii kapitanów. Pod nieobecnośc tych dwóch w meczu z Getafe, Marcelo po raz pierwszy grał z kapitańską opaską od pierwszej minuty.

Razem z Pepe i Cristiano, Marcelo stanowi w szatni paczkę dyżurnych dowcipnisiów, którzy dbają o nastrój całej drużyny i których łączą szczególnie bliskie stosunki. Z Pepe zapzyjaźnili się wkrótce po przybyciu do Madrytu tego pierwszego, głównie dzięki swoim narzeczonym, które szybko znalazły współny język. Co do Cristiano zaś, Marcelo zasłynął swego czasu talentem aktorskim, kiedy podczas któregoś treningu naśladował i przedrzeźniał CR7. W tym sezonie doszło nawet do tego, że Ronaldo miał pretensje do Marcelo, że ten nie świętuje z nim gola zdobytego przeciw Maladze! A pomyśleć, że gdy CR7 grał jeszcze w Manchesterze, Marcelo nazwał go 'beksą' po starciu oby zawodników w meczu reprezentacji...

Photo by Denis Doyle/Getty Images Europe

W 2006 roku namaszczona na następcę ustępującego Roberto Carlosa osiemnastolenia gwiazda ligi brazylijskiej miała być – razem z Higuainem i Gago – powiewem świeżości w starzejącej się drużynie Prezesa Calderona. Marcelo miał za sobą właśnie debiut w drużynie narodowej i pierwszą bramkę, przeciw Walii. Ale w zespole prowadzonym przez Fabio Capello brazylijska fantazja nie była kapitałem szczególnie cenionym. Tym bardziej, że zderzenie z wymagającą rzeczywistością czołowej ligi europejskiej było dla młodego obrońcy bolesne. Okazało się, że jego umiejętności defensywne są – krótko mówiąc – niedostateczne.

Szybko zaczęło się mówić o wypożyczeniu go do słabszej drużyny, potem nawet o sprzedaży. Marcelo jednak nie załamywał się, robił swoje. Swoją pierwszą szansę w pierwszym składzie dostał, gdy forującego dyscypilnę taktyczną Capello zastąpił bardziej liberalny Schuster. Brazylijczyk był dla Niemca opcją bardziej ofensywną na lewej obronie, ale w kluczowych meczach, gdy margines błędu był mniejszy, Marcelo często siadał na ławkę. W kolejnych sezonach Juande Ramos, potem Pellegrini, próbowali wykorzystywać talent Marcelo, który mimo nieodstaków w grze obronnej zawodnik bez wątpienia posiadał. Zaczął on występować w pomocy, gdzie obowiązki defensywne nie krępowały go tak bardzo, i gdzie w pełni mógł wykrzystywać swój drybling i technikę, przekraczające poziom, którego wymaga się od obrońcy. I choć Brazylijczyk dobrze prezentował się na co dzień w lidze, w kluczowych meczach nie potrafił odegrać znaczącej roli, stawało się jasne, że wielkiego pomocnika z niego nie będzie. Znów zaczął grywać na obronie, ale raczej z braku konkurencji (Drenthe) niż dzięki zaufaniu trenera. Malały nadzieję na to, że uda się znaleźć dla niego miejsce w pierwszym składzie Realu. Wyczerpywać też zaczęła się cierpliwość kibiców, którzy od czasów Roberto Carlosa nie doczekali się lewego obrońcy z prawdziwego zdarzenia.

Taką rolę miał w tym sezonie pełnić Kolarov, ale Real przegrał walkę o niego z Man City. Marcelo kolejną szansę od losu wykorzystał. Z miesiąca na miesiąc, tak jak dredy na jego głowie, rósł jego wpływ na grę drużyny. Gdy nadszedł czas maratonu Gran Derbi, w przeciwiestwie do deprymującego jesiennego clasico, nasz obrońca błysnął szczytem formy i zalety, które demonstrował przed szesnastym kwietnia, pokazał jeszcze dobitniej. Razem z całą naszą formacją obronną spisał się znakomicie zwłaszcza w finale Pucharu Króla, a musiał przecież stawić czoła najlepszym ofensywnym piłkarzom świata. Messi, Pedro Rodriguez, Dani Alves, z każdym z nich Marcelo musiał toczyć boje, z których ostatecznie wyszedł zwycięsko. Okazało się, że w świetnie działającym kolektywie potrafi nie tylko załatać dziurę, ale wręcz wyróżnić się na tle bardziej cenionych kolegów. Kiedy w pierwszej połowie meczu w Walencji Barcelona nie stworzyła nawet jednej groźnej sytuacji, po przerwie próbowała atakować naszą prawą stroną, przesuwając tam Pedro, który po stronie Marcelo nic nie potrafił zdziałać. Wyszydzany przez cules przez wiele miesięcy, Brazylijczyk tym razem okazał się dla nich zaporą nie do przejścia i mocno zalazł im za skórę.

Photo by David Ramos/Getty Images Europe

Tym bardziej, że solidność w defensywie to tylko połowa pradziwego znaczenia Marcelo w tamtym meczu (meczach). Z trzech bramek, które Real strzelił Valdesowi i Pinto, Brazylijczyk odegrał kluczową rolę przy każdej. Na Bernabeu wywalczył karnego, w fianle Copa del Rey po wymianie podań z nim Di Maria wyszedł na pozycję, z której asystował Cristiano, wreszcie na Camp Nou Marcelo osobiście posłał piłkę do siatki. W swoich wyprawach poza własną połowę był tyleż odważny, co odpowiedzialny. Nie tracił piłek, każda jego akcja była przemyślana i przynosiła jakąć korzyść: od zyskania terenu po sytuację bramkową. To może zabrzmieć niewiarygodnie, ale dla naszego ataku okazał się niezastąpiony, w przeciwieństwie do Adebaoyora, Benzemy czy Ozila!

Atakując z głebszych pozycji niż napastnicy i pomocnicy, skupiający uwagę obrony rywala w pierwszej kolejności, Marcelo stwarza w ataku przewagę liczebną i łatwiej jest mu zgubić krycie. Dla Mourinho, który zakłada, że gra napastników opiera się na improwizacji i instynkcie, a więc nie pracuje specjalnie nad schematami ofensywnymi, element zaskoczenia w postaci odważnego bocznego obrońcy jest kluczowy. Dlatego tak bardzo cenił Maicona, który pod ręką The Special One osiągnął statystyki jak na obrońcę niewiarygodne: sześć bramek i jedenaście asyst w całym zeszłym sezonie (dla porównania w tym sezonie jeden gol i dziewięć asyst)! Dlatego też chciał byłego podopiecznego sprowadzić do Madrytu (aż strach pomyśleć, co by z rywalami wyprawiali obaj brazylijscy skrzydłowi obrońcy grając w jednej drużynie!). Dlatego też Marcelo właśnie dzięki Mou osiągnął tak wysoką formę.

W tym sezonie (swoim najlepszym w Realu) strzelił w sumie pięć goli, a przy siedmiu kolejnych asystował i na swojej pozycji jest bezkonkurencyjny nie tylko w Primera Division. Liczby Maxwella, Adriano i Abidala z Barcelony nie są równie imponujące nawet gdyby je zsumować (razem 3 gole, 7 asyst). Tradycyjnie uważani za najlepszych w swoim fachu Ashley Cole i Patrice Evra razem uzbierali marnego gola i cztery asysty. Do naszego brasileiro zbliżył się tylko Joan Capdevila z Villarreal (3g.,4as.) i Fabio Coentrao (4g., 1as.), zawodnik bardzo podobny mu stylem, wyceniany obecnie na trzydzieści milionów euro, który być może już wkrótce powalczy z Marcelo o miejsce w pierwszej jedenastce Los Blancos.

Photo by David Ramos/Getty Images Europe

Naturalny argument, który wysunęliby teraz sceptycy jest taki, że obrońcę należy oceniać za grę w obronie, nie za strzelanie bramek. Rzućmy więc okiem na Marcelo-obrońcę.

Real Madryt stracił w tym sezonie ligowym trzydzieści dwie bramki, a więc mniej niż jednego gola na mecz, co jest drugim wynikiem po Barcelonie. Zważywszy, że Iker należy do najrzadziej interweniujących bramkarzy La Liga, wilczą część zasług za powstrzymywanie napastników rywala można przypisać naszej obronie, a więc także Marcelo. Jego dobrą formę potwierdzają też statystyki odbiorów, których notuje średnio osiem na mecz. Capdevila, reprezentant La Roja, gwiazda czwartej drużyny w tabeli, odbiera średnio w meczu niecałe sześć piłek. Mathieu z Valencii, jeden z solidniejszych na swojej pozycji piłkarzy, ma średnio siedem odbiorów w meczu. Do porównania wypadało by dorzucić jeszcze lewego obrońcę FCB, ale zważywszy, że Abidal (9,5 przechwytu/mecz) sporą część sezonu rozegrał na środku obrony, gdzie naturalnie przechwytów wykonuje się więcej, liczby nie są do końca miarodajne. Maxwell, natomiast ustepuje Marcelo wyraźnie (niecałe 6 prz./mecz). Niezależnie więc od której strony go oceniać, w tym sezonie okazuje się Marcelo czołowym specjalistą na swojej pozycji w Europie.

Już lata temu ogłoszony następcą Roberto Carlosa wreszcie dorósł do tego miana. Znów mamy w Madrycie brazylijskiego obrońcę, który niestrudzenie pracuje na całej długości boiska, w nadziei, że nadarzy się okazja, by podryblować, rozegrać klepkę, uderzyć na bramkę. Znów ofensywne zapędy naszego lewego obrońcy powodują w ustawieniu drużyny asymetrię, Sergio Ramos dużo częściej trzyma się własnej połowy. Ale ta asymetria jest zaletą, bo łamie schematy i stanowi oryginalność, na którą nie rywale nie mają gotowej recepty.

Jednocześnie, mimo podobieństw, Marcelo zachował swój styl, odmienny od słynnego poprzednika. Przede wszystkim, lepiej niż Robetro Carlos czuje się z piłką przy nodze i zamiast posyłać bomby z trzydziestu metrów, woli mierzyć się z obrońcami, dryblować albo poszukac klepki z kolegą, żeby w ten sposób dostać się bliżej bramki rywala. Cześciej niż Roberto schodzi też ze skrzydła do środka na pozycję napastnika, na której zaczynał swoją karierę we Fluminese. Dzięki temu będąc sam na sam z bramkarzem potrafi wykończyć akcję z taką finezją jak w ostatnim meczu z Villarreal. Łączy go natomiast z Roberto Carlosem (i większością Brazylijczyków) radość z gry piłką i niechęć do bezmyślnego pozbywania się jej. Tak jak poprzedniowi zdarzało się, nawet zbyt często, próbować przewrotek we własnym polu karnym, tak Marcelo uwielbia uwalniać się spod nacisku przeciwnika robiąc kółeczko, zagarniając piłkę i przeciskając się przez wąską przestrzeń między linią boczną a rywalem. I też zdarza mu się to robić zbyt często, w zbyt ryzykownych sytuacjach.

Ale ostatecznie w jego grze chodzi o radość. Radość utrzymania piłki przy nodze, radość wykonania sztuczki, oczukania rywala. Marcelo wnosi do Realu Madryt Mourinho pierwiastek spontaniczności i cieszenia się grą dla niej samej. Natomiast dla całego madridismo, pomału, pomalutku urasta do rangi symbolu Królewskich, jako jeden z kapitanów i jako lewy obrońca o oryginalnej ekspresji. Stylem swojej gry nawiązuje do przeszłości nie bardzo odległej, ale przypominającej o tradycji i tożsamości najbardziej utytułowanego klubu w historii futbolu. Marcelo ma teraz szanse poprowadzić Real do kolejnych sukcesów na miarę jego wielkości. Mam nadzieję, że właśnie tego Mourinho mu życzył na dwudzieste trzecie urodziny.

Photo by Denis Doyle/Getty Images Europe

Czytaj dalej ...

niedziela, 15 maja 2011

Barca vs. Depor, czyli świętowania ciąg dalszy.

FC Barcelona – Deportivo La Coruna, niedziela, 15 maja 2011, godzina 21, Canal Plus Sport hd (Internet: myp2p.eu, rojadirecta.es)

Mecz już za dwie godziny więc postaram się szybko Was do niego wprowadzić. Jesteśmy mistrzami Hiszpanii. Od środy cały zespół świętował zdobycie tego mistrzostwa, a dziś ten sam zespół ma zagrać z broniącym się przed spadkiem Deportivo. Już wiecie po czyjej stronie będzie przewaga motywacji i szeroko rozumianej świeżości. Deprotivo musi ten mecz wygrać, Barca musi ten mecz zagrać.

Jako mistrzowie powinniśmy zaprezentować się z dobrej strony i wystawić najsilniejszy skład żeby okazać szacunek przeciwnej drużynie i reszcie ligi. Z drugiej strony nie po to walczyliśmy o to, by zdobyć mistrzostwo jak najszybciej żeby wystawiać podstawowy skład kiedy możemy dać mu odpocząć. Każda sytuacja jest zła, ale myślę, że Pep zdecyduje się na “złoty środek”, czyli trochę tego, trochę tamtego i jedenastka gotowa. Kataloński Sport przewiduje takie zestawienie obu drużyn:

Jeśli w takim ustawieniu miałaby wybiec dziś Barcelona, to nie mam nic przeciwko. Poszedłbym nawet dalej i wystawiłbym Jeffrena w miejsce Pedro. Pep mówił przed meczem, że drużyna potraktuje Deportivo poważnie i że będzie chciał podtrzymać dobry rytm przed finałem Ligi Mistrzów. Zapewne tak będzie, ale wszystko zależy od tego jak bardzo zespół celebrował mistrzostwo, a z tego co widzieliśmy chłopcy się nie oszczędzali. W takim momencie trudno o koncentrację, a jeszcze trudniej o motywację, dlatego żaden wynik mnie nie zdziwi.

Deportivo zajmuje 16 miejsce w ligowej tabeli i ma 3 punkty przewagi nad strefą spadkową. Dzisiejszy mecz jest dla nich bardzo ważny, bo zwycięstwo praktycznie da SuperDepor utrzymanie ba,nawet punkt może być zbawienny dla naszych gości. Dlatego też spodziewam się z ich strony walki do samego końca i groźnych araków. W pomocy wciąż rządzi Valeron, który ma już chyba 70 lat,  a jego nogi 90, ale Juan Carlos się tym nie przejmuje i udowadnia, że jeszcze może. Lotina wierzy, że Deportivo z ligi nie spadnie i próbuje zmotywować swój zespół do jeszcze większego wysiłku. To czego brakuje najbardziej drużynie z La Corunii, to siły ofensywnej – sam Messi strzelił tyle samo goli w lidze, co całe Deportivo (31).  Na Camp Nou strzela się bramki bardzo trudno, a punkty wywozi bardzo rzadko, dlatego Lotina musi zaryzykować. Chyba, że remis będzie ich zadowalał….

Jesteśmy mistrzem Hiszpanii i teraz możemy pozwolić sobie na gorszy mecz. Chociaż jak każdy kibic chciałbym żeby moja drużyna zawsze grała pięknie i zawsze wygrywała, to dzisiaj spodziewam się raczej fety na trybunach i na ławce rezerwowych, a na boisku dziać się będzie nie za wiele (obym się mylił).

Oglądam właśnie mecz Liverpool – Tottenham i myślę sobie, że dziś na Camp Nou nie zobaczymy choć w połowie takiego tempa meczu jakie ma miejsce na Anfield, Cóż takie są przywileje zdobycia mistrzostwa na dwie kolejki przed końcem sezonu. Drużyna może świętować, a mecze schodzą na dalszy plan.

Dzisiaj krótka i mało treściwa zapowiedź, ale jesteśmy mistrzami więc nie ma co narzekać. Campeones, Campeones,  ole, ole, ole!

Obstawiam 1-1 nie wiem dlaczego.

Visca el Barca!

Czytaj dalej ...

sobota, 14 maja 2011

Magiczna noc na Camp Nou! Visca el Barca y Visca Catalunya!

Tak się świętuje mistrzostwo! Co to był za dzień w Barcelonie. Chyba każdy kibic Barcelony chciałby wczoraj być na jej ulicach lub na Cam Nou. Najpierw był tryumfalny przejazd przez ulice stolicy Katalonii gdzie zgromadziły się setki tysięcy osób, a piłkarze szaleli na dachu autobusu:

Alves z Abidalem bawili się przednie!

(foto. marca.com)

Gdy cały zespół dojechał na Camp Nou, cały stadion eksplodował z radości! Piłkarze i trenerzy zaczęli przemawiać do publiczności. Niektórzy jak Villa śpiewali (hiszpańska wersja przeboju wielkiego Franka Sinatry pt. My way):

Pinto także nie mógł sobie odmówić  przyjemności śpiewania, a przy okazji odpowiedział na słynne pytanie zadane przez Mourinho: por que? A więc drogi Jose: “Porque somos los mejores, bueno y que” (Ponieważ jesteśmy najlepsi i co?)

Najszczęśliwszym człowiekiem wczoraj był chyba Eric Abidal, który chciał podziękować kibicom w języku katalońskim, a potem został wyrzucony w powietrze przez zespół:

Dla naszych nowych zawodników musiało to być niesamowite przeżycie, bez Villi, Adriano, Afellay i Mascherano trudno byłoby zdobyć ten tytuł. Dlatego cieszy fakt, że kibice i sami “starzy” zawodnicy ich doceniają i nowi mogą odczuć to na własnej skórze:

Zabawom nie było końca:

(foto. fcbarcelona.com)

Messi obiecał, że zespół postara się wrócić na Camp Nou 29 maja. Z Pucharem Ligi Mistrzów.

Ostatnio pisałem, że nasz zespół jest jedną wielką rodziną: wczoraj było widać jak na dłoni, że ci zawodnicy, trenerzy, cały sztab ludzi związanych z tą drużyną traktuje siebie jak członków swojej rodziny. Adriano powiedział:

Jestem dumny, że jestem tutaj i że mogę się cieszyć z mojego pierwszego mistrzostwa. To jest więcej niż klub, to jest moja rodzina i moje życie.

Cieszę się, że mówi to zawodnik nowy, który dopiero przed tym sezonem dołączył do tej znakomitej grupy. Oby więcej takich chwil!

Oby już 29 maja!

Visca el Barca y visca Catalunya!

 

Czytaj dalej ...

piątek, 13 maja 2011

UEFA wszczęła postępowanie dyscyplinarne wobec Busquetsa.

Sprawa z Busquetsem ciągnie się od pierwszego meczu półfinału Ligi Mistrzów, ale nie pisałem o niej, bo nikt oficjalnie nic o tej sprawie nie powiedział. Dziś UEFA uznała wniosek Realu Madryt i wszczęła oficjalne postępowanie dyscyplinarne wobec naszego piłkarza, który miał ponoć nazwać Marcelo małpą podczas spotkania na Bernabeu. Komisja UEFA ogłosi werdykt 15 lub 16 maja.

Przypomnijmy, że jak do tej pory jedynym dowodem był filmik, który został opublikowany w Internecie na którym widać zajście pomiędzy Busquetsem, a Marcelo. Przyznam się, że obejrzałem ten filmik ponad 20 razy i wciąż nie jestem przekonany o tym, że Busquets powiedział “mono, mono”, ale też nie potrafię czytać z ust i nie władam biegle hiszpańskim żeby być w tej sprawie ekspertem. Sam Marcelo także nic o tym zajściu nie mówił, ale z dzisiejszego oświadczenia UEFA wynika, że jakieś wyjaśnienia złożył:

Postępowanie zostało rozpoczęte na podstawie dowodów przedstawionych przez Real Madryt (materiały wideo, oświadczenie klubu i zawodnika).

Właśnie przed chwilą w Barca TV Toni Freixa (rzecznik zarządu) powiedział, że Busquets zaprzecza tym oskarżeniom i dodał, że Sergio miał powiedzieć “mucho morro”.                  W hiszpańskim zwrot “tener mucho morro” znaczy “mieć niezły tupet” lub “być bezczelnym”.  Jeśli naprawdę to powiedział, to sam Busi ma niezły tupet kiedy bezczelnie wykorzystuje swoje zdolności aktorskie na boisku.

Teraz mamy słowo przeciw słowu, klub przeciw klubowi, czyli to, co lubi UEFA. Nie wiem jak UEFA chce to wyjaśnić. Na filmiku widać jak układają się  usta Sergio, rzecz w tym, że  w obydwu przypadkach (“mono, mono” i “mucho morro”) usta układają się niemal identycznie. Szaleństwo.

Busquets jest niewinny dopóki nie udowodni się mu winy i to jest podstawowa sprawa. Jeżeli UEFA dowiedzie winy naszego piłkarza, to będę bardzo smutny i będzie to smutny dzień dla naszego Klubu. Każde rasistowskie zachowanie czy to na boisku, czy to na trybunach powinno być karane bezwzględnie. Nie ma wytłumaczenia dla takiego postępowania.

Używanie rasistowskich słów nie oznacza, że ktoś jest rasistą, ale to nie zwalania danej osoby z odpowiedzialności. Szczególnie w klubie, który nosi logo UNICEF na koszulkach (przynajmniej na razie) i w kontraktach zapisuje klauzule anty-rasistowską (od tego sezonu). Nie ma miejsca na boisku piłkarskim na rasizm i jest to bardzo poważny problem, którego na pewno nie można lekceważyć. Zaprzeczenie Busquetsa wcale nie oznacza, że tego nie zrobił, ale jest to warte odnotowania. Ktoś tu kłamie i nie ma powodu by bardziej wierzyć Marcelo niż Sergio.

Oczywiście, że sam fakt pojawienia się tej sprawy kładzie się cieniem na Busquetsie (tak jakby mu brakowało złych opinii…), ale pamiętajmy, że Real Madryt po porażce z Barceloną wytoczył najcięższe działa i już raz UEFA nie poparła ich skarg. Oskarżenie o rasizm jest jednym z najcięższych jakie można wytoczyć (szczególnie, że tak trudno jest to w tym przypadku udowodnić) i dlatego trzeba tę sprawę jak najszybciej wyjaśnić.

Nie mam pojęcia jak ta Komisja ma zamiar tę sprawę rozwiązać. Jeśli nagranie będzie ich jedynym dowodem, to będzie to bardzo słabe uzasadnienie. W żadnym sądzie taki dowód nie został by uznany. Eksperci od czytania z ust mają różne opinie (jak zawsze) i na takiej bazie wydanie wyroku byłoby co najmniej kontrowersyjne. Ale być może komisja ma jeszcze inne dowody o których my nie wiemy.

Wstrzymajcie się z oskarżeniami i poczekajcie na oświadczenie UEFA.

EDIT:

Ten post został umieszony wczoraj, ale niestety Blogger miał jakąś awarię i post został skasowany. Teraz już wszystko działa więc umieszczam go raz jeszcze.

Czytaj dalej ...

środa, 11 maja 2011

Campeones, Campeones Oé, Oé, Oé!

Jeeeeeeeeeeeest! Remis z Levante (1-1) dał nam ten jeden punkt, którego tak bardzo chcieliśmy!

 FC Barcelona jest mistrzem Hiszpanii!

Na obszerniejsze podsumowaniem tego niesamowitego sezonu przyjdzie jeszcze czas, dzisiejsza noc dla wszystkich cules jest magiczna i trzeba to uczcić! Tak więc radujcie się i cieszcie wszyscy kibice Barcelony i pięknej piłki, bo właśnie tak grała Barcelona w tym sezonie!

Campeones, Campeones, oe, oe, oe!

(grafika: sport.es)

Czytaj dalej ...

Horror Realu

Czego boją się Mourinho i jego kompani? Ano tego:

Przykra wiadomość dla tej drużyny: za rok też tu będziemy.

(za eurosport.com)

Czytaj dalej ...

Dlaczego Mourinho chciał Sahina


Pamiętacie jak Mou celebrował gola Kaki przeciw Villarrealowi na początku roku? Być może kojarzycie też parę ostatnich Gran Derbi i prowokujące zachowanie Blancos mające na celu zdeprymowanie Barcelony. Oto filmik pokazujący tę stronę charakteru Sahina, którą Mourinho z pewnością doceni.


Czekamy na takie akcje w Madrycie. Oczywiście mam na myśli gola. 

Tymczasem facebookowa strona RM przeprowadziła ankietę i zapytała fanów, ile ich zdaniem Nuri zdobył bramek w ostatnim sezonie Bundesligi: 11, 6 czy 8? Ponad 80% kliknęło '11' (prawidłowa odp. 6), co jest tyleż wyrazem wiary w jego umiejętności, co ignorancji w temacie jego faktycznych osiągnięć. Ale taka jest chyba natura kibica, która każe nowo pozyskanym piłkarzom przypisywać wszelkie zalety. Pewnie gdyby możliwa była odpowiedź '20 goli' to respondenci klikaliby w nią tym chętniej. Ja tylko mam nadzieję, że Sahin spełni nawet najwyższe oczekiwania madridistas.

Czytaj dalej ...

Historia lubi się powtarzać, czyli Levante vs. Barca o mistrzostwo!

Tak było 6 lat temu, czy dzisiaj będzie tak samo?

UD Levante vs. FC Barcelona, środa, 11 maja 2011, godzina 20, (Internet: myp2p.eu, rojadirecta.es)

Powiedziałem działaczom, że nie chcę nic wiedzieć na temat planowanych uroczystości. To ich sprawa i ich zadanie, my powinniśmy się skupić na meczu z LevantePep jak zawsze chce zachować spokój, ale fakty są takie, że jeśli Barca dziś nie przegra z Levante, to zdobędzie tytuł mistrza Hiszpanii po raz trzeci z rzędu. Guardiola może być spokojny: dziś wygramy ligę.

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że jesteśmy najlepszym klubem w Hiszpanii. Proste prawda?

Po drugie, bo jedziemy do Walencji by zagrać z Levante. Jeszcze raz: LE-VAN-TE.

Po trzecie, historia lubi się powtarzać: 6 lat temu Barca na trzy kolejki przed końcem potrzebowała również punktu by zostać mistrzem i zdobyła go właśnie z Levante. W tamtym meczu z dzisiejszego składu grali: Valdes, Puyol, Xavi, Iniesta.

Po czwarte, bo jesteśmy najlepszym klubem w Hiszpanii… aha to już było?

To jeszcze ostatni, piąty powód: dziś Andres Iniesta obchodzi 27 urodziny (feliz cumpleaños!) i prezentem od drużyny ma być mistrzostwo.

Levante zajmuje 12 miejsce w tabeli i ciągle walczy o utrzymanie, tak naprawdę 10 drużyn walczy o utrzymanie więc fani Granotes nie mają się czego wstydzić. Ale i tak wszystkie oczy będą zwrócone na Barcelonę, więc nie będę Was zanudzał opowieścią o naszych przeciwnikach.

Barca przegrała do tej pory jeden mecz na wyjeździe i naprawdę nie zanosi się na to by mogła przegrać jeszcze jeden dzisiaj. Blaugrana straciła również najmniej goli w tym Lidze (19) i jeśli to się za bardzo nie zmieni, to może zostać mistrzem Hiszpanii z najmniejszą ilością straconych goli (poprzedni rekord należy również do nas w sezonie 2009-10 straciliśmy 24 gole). A jeżeli Barca wygra ostatni trzy mecze może po raz pierwszy w historii zdobyć 100 punktów! Raczej mało prawdopodobne, ale możliwe.

Pep zabrał do Walencji wszystkich zawodników, sztab lekarski i kogo tam miął jeszcze pod ręką. Ze składem nie będzie eksperymentował i wystawi najlepszy z możliwych: Valdes, Dani, Puyol/Fontas, Piquenbauer, Mascherano, Busquets, Xavi, Iniesta, Pedro, Villa, Messiah. Występ Puyola jest mało prawdopodobny, ale decyzja o jego grze zostanie podjęta przed spotkaniem. Jak zawsze nie ma sensu ryzykować, bo przed nami jeszcze finał Ligi Mistrzów, a tam nasz Kapitan przyda się o wiele bardziej niż przeciw Levante. Dziś nie ma co liczyć na występ młodych, niedoświadczonych, acz wielce utalentowanych zawodników z Barca B –ponieważ  dziś musimy zdobyć mistrzostwo. Pozostałe kolejki będą okazją do fetowania, aż do meczu na Wembley!

Co by tu jeszcze… aha pichichi. Jasne, że chciałbym żeby Messi zdobył Pichichi choćby dla świętego spokoju, ale jeśli miałbym wybierać między mistrzostwem, a tytułem króla strzelców, to o każdej porze dnia i nocy wybieram mistrzostwo. Już pojawiają się głosy z Madrytu, że CR jest lepszym zawodnikiem, bo wygra tę nagrodę – wolne żarty. Spójrzcie tylko na tę statystykę:

Najwięcej strzałów w Lidze w tym sezonie: Cristiano Ronaldo 226 – Messi 142 – Rossi 132 – Villa 128 – Llorente 112 – Aguero 110 (za barcastuff)

Skuteczność CR jest porażająco słaba (a przecież i tak 8 goli zdobył z rzutów karnych). Mam nadzieję, że Messi po dzisiejszym meczu pozwoli sobie na chwile odpoczynku (przez chwilę rozumiem dwie ostatnie kolejki) tak żeby był w pełni sił na mecz z Manchesterem.

 

Dziś Guardiola i jego zespół przypieczętują trzecie mistrzostwo z kolei i będziemy mogli zacząć wielką fiestę!

Wynik? 0-3 i niech tak się stanie.

Visca el Barca!

Czytaj dalej ...

Hugo Sanchez może zacząć się bać. Real Madryt 4-0 Getafe


Real wygrał z Getafe 4-0, a przynajmniej przez ostatnie pół godziny grał na drugim biegu. Asysty i bramki Ronaldo (pierwsza) i Benzemy były prawdziwymi ozdobami tego meczu, po którym pozostanie nam jednak przede wszystki garść bardziej lub mniej istotnych statystyk.

36 – tyle bramek ma Ronaldo w obecnym sezonie ligowym. Dziś dorzucił już szósty hat-trick (rekord w historii La Liga) i brakuje mu tylko 2 goli, by dorównać Hugo Sanchezowi. Nad Messim ma pięciobramkową przewagę. Najpiękniejsze było pierwsze trafienie. Ozil wrzucił piłkę z 'fałsza' w pole karne, gdzie C-ron przeskoczył obrońców i uderzył głową tuż przy słupku. Drugi gol to znów asysta Ozila, który – podobnie jak reszta drużyny – wyraźnie szukał w polu karnym Cristiano. Ten nie mógł nie trafić do pustej bramki. Wreszcie, po starciu CR7 z Muną sędzia podyktował rzut karny, który Ronnie ze spokojem zamienił na gola. Ja mam tylko jedno zastrzeżenie. Kiepski to byłby rekord Ronaldo, jeśli by go ustanowił wygrywając w Madrycie tylko Puchar Króla. Jeżeli więc faktycznie strzeli te 39 bramek, to niech to będzie rękojmia trofeów drużynowych w następnym sezonie.

80 – tyle bramek Ron Ron strzelił dotąd dla Realu, z czego 50 w tym sezonie, bijąc rekord Puskasa 47 trafień. Jeżeli wziąć pod uwagę tylko mecze ligowe, Ronnie strzelił 62 bramki w 61 występach. Ale dziś najlepsze było to, że wcale nie grał egoistycznie. Szczerze mówiąc, chyba jeszcze nie widziałem go grającego tak drużynowo. Uderzał na bramkę tylko gdy naprawdę nie miał lepszej opcji.Wygląda na to, że bardziej niż przedtem docenia wkład, jaki reszta drużyny wnosi do jego indywidualnych sukcesów. Może zdał sobie sprawę, że dzięki grze zespołowej także indywidualnie będzie prezentować się lepiej. Poza nim i Ozilem błysnęli też Xabi i Benz. Pierwszy posłał kolejne ze swoich chirurgicznie precyzyjnych długich podań, Karim wybiegając zza pleców obrońców zgasił piłkę i ze spokojem posłał lob obok bezradnego Ustariego. W pierwszej akcji po wejściu na boisko.

0 – tyle bramek dziś straciliśmy. To cieszy o tyle, że ostatnio podczas goleady w Sewilli czy Valencii wyraźnie traciliśmy koncentrację, a w konsekwencji także gole. Być może obecność Adana, na którego nasza obrona na pewno podświadomie nie liczy tak jak na Ikera, sprawiła, że byliśmy czujniejsi. Ale trzeba też przyznać, że Getafe, zwłaszcza w drugiej połowie, nie przejawiło większej nadziei na choćby punkt. Parejo był niewidoczny, Arizmendi nie zrobił nic, żeby zrzucić z siebie łatkę nieudacznika, Colunga zaznaczył się jedynie taranując Adana. Drużyna Michela już jutro może spaść pod linię życia (swój mecz gra Saragossa), w czeluści strefy spadkowej.

8 – tylu wychowanków zadebiutowało w Realu Madryt pod ręką Mou, w tym Tomas Mejias dzisiaj. Liczba imponująca, gdyby nie to, że prawie wszystkie te debiuty to wielka ściema i dużo bardziej niż samym zawodnikom służą propagandzie Floro Pereza. Adan zaliczył prawdziwy debiut, musiał zastępować Casillasa i Dudka w nieprzewidzianych sytuacjach. Także dziś od niego zależały ligowe punkty. Ale wśród zawodników z pola tylko Nacho Fernandez faktycznie był drużynie do czegoś potrzebny. Morata dwa razy pojawił się na boisku, w sumie na imponujące 14 minut. Występy reszty to epizody pojedyncze, nieraz ograniczone do wbiegnięcia na boisko w 90. minucie tylko po to, by z niego zejść. Nie tak traktuje się faktycznych graczy pierwszej drużyny i nie ma złudzeń, że żaden z naszych młodzianów nie dorobił się póki co takiego statusu.

753 – tyle dni (wg moich wyliczeń) minęło od incydentu Pepe z Casquero i zawieszenia naszego obrońcy na 10 meczów. Tym razem obyło się bez aktów agresji, obaj panowie byli na boisku i nikt nikogo nie skopał. Sędzia upomniał żółtymi kartkami tylko dwóch piłkarzy Realu: Carvalho i Lassa.

5 – a tyle dni przyjdzie nam czekać na kolejny mecz Królewskich, tym razem z Villarreal na wyjeździe. Tymczasem w Madrycie nastroje po odprawieniu Getafe są względnie dobre, choć świadomość, że wszystkie rozgrywki są już dla nas rozstrzygnięte nadaje atmosferze piknikowość, by tak rzec. Na koniec jednak autentycznie pozytywny akcent. Po jednym ze strzałów Ronaldo w czasie meczu ucierpiał kibic, trafiony piłką w nos. Po końcowym gwizdku Ronnie podszedł do człowieka, przeprosił i wręczył mu swoją koszulkę meczową (chciał mu dać tę zdjętą z pleców, ale z szatni przyniesiono w tym czasie świeży egzemplarz).

Crazy in love

Czytaj dalej ...

wtorek, 10 maja 2011

O rekord Hugo Sancheza i o drugiego bramkarza. Real Madryt v Getafe

(fot. realmadrid.com)

Na trzy kolejki przed końcem sezonu Barcelona jest o punkt od mistrzostwa. O co jeszcze gramy w takiej sytuacji? Po fatalnej atmosferze, w jakiej skończył się maraton El Clasico's, w meczach, które praktycznie nie mają stawki pozostaje nam walczyć o zakończenie ligi w optymistycznym nastroju. Na pocieszenie po upokarzających porażkach ze Sportingiem i Saragossą na własnym stadionie, stłukliśmy Valencię i Sevillę w meczach wyjazdowych. Pozostały odcinek sezonu przebiegać będzie w podobnym rytmie, to znaczy najbliższy wyjazd mamy do kolejnego kandydata do europejskich pucharów, ale u siebie podejmujemy potencjalnego spadkowicza. Czy znów spadniemy z chmur i odbijemy się boleśnie od twardego gruntu?

Z całym szacunkiem dla Getafe, nie wydaje mi się. Przede wszystkim dlatego, że drużyna może skupić się tylko na tym meczu, wszystkie inne rozgrywki już się dla nas skończyły. Jednocześnie, za motywację służyć nam będzie Cristiano, który walczy nie tylko o trofeo pichichi, ale też o pobicie rekordu Hugo Sancheza, trzydziestu ośmiu goli w jednym sezonie. Jeszcze przed tygodniem nawet pokonanie Messiego nie wydawało się szczególnie prawdopodobne, ale cztery gole w ostatniej kolejce, wobec braku trafień Krasnala, zmieniło obraz sytuacji i to nie tylko w Marce, według klasyfikacji której Ron Ron ma nie trzydzieści trzy, ale trzydzieści cztery bramki na koncie.

W ostatnich trzech meczach Ronaldo wystarczy strzelać średnio po dwa gole, czyli ilość dużą, ale bynajmniej nie nieosiągalną. Więcej niż jednego gola strzelał już w tym sezonie w piętnastu meczach, zdarzyło mu się też dokonać tego w trzech spotkaniach z rzędu, w styczniu, przeciw Villarreal(x3), Levante(x3) i... Getafe(x2). Ale jest jeden warunek powodzenia tego planu. Luz. Ronaldo pod presją strzelania goli już w tym sezonie widzieliśmy nieraz i wiemy, że zanadto napięty, traci na skuteczności. Sytuacje przyjdą, a drużyna tez mu pomoże, powinien tylko zachować cierpliwość.

Getafe będzie musiało się choć trochę odkryć, bo na punkty zdobyte w innych meczach nie mają co liczyć. W wyścigu o pozostanie w pierwszej lidze punkty zdobywa niemal każdy i to regularnie, trzeba więc chwytać się każdej okazji. Stąd możemy spodziewać się mocno zmotywowanego rywala, ale też emocjonującego meczu.

Z piłkarzy Michela, media szczególną uwagę kierują na Parejo, którego Real może odkupić po tym sezonie. Dani jako nasz canterano cieszy się oczywiście sympatią madridistas, poza tym, że to utalentowany rozgrywający, ale wydaje się, że dopiero kupiony przez nas Sahin stawia przydatność Parejo pod znakiem zapytania. Póki jednak decyzja ostatecznie nie zapadła, mecz na Bernabeu będzie dla pomocnika Getafe dodatkową motywacją.

(fot. INPHO/ james crombie)

W naszym zespole zwraca uwagę nieobecność obu pierwszych bramkarzy - Ikera i Dżerzjego. Szanse powinien więc dostać Adan i ściskam kciuki, by sprawdził się po raz kolejny. Widzieliśmy go przecież już przeciw Auxerre i Espanyolowi i choć zbyt wielu okazji do interwencji nie miał, zrobił bardzo obiecujące wrażenie. W Madrycie nic na razie nie mówi się o transferach bramkarzy i liczę na to, że Adan wkrótce będzie pierwszym zmiennikiem Ikera. W wieku 23 lat chyba najwyższy już na to czas. Było by fantastycznie kontynuować tradycję porteros-canteranos. Dudi mógłby nawet zostać na kolejny sezon, gdyby tym razem pogodził się z rolą bramkarza numer trzy...

Zmiennikami Adana są Tomas Mejias i Jesus Fernandez z Castilli, obaj o rok od niego młodsi. Szansę w tym meczu może też dostać Pedro Leon, dla którego byłby to niewątpliwie łabędzi śpiew, przed czekającą go zsyłką do Getafe bądź sprzedażą. Podobnie rzeczy się maja z Canalesem, który chyba jednak nie jest przekreślony u Mou tak jak Pedro, i wypożyczenie jest dla niego najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Mimo to, spodziewać się możemy najsilniejszego możliwego składu, podobnie jak w Sewilli. Z tą różnicą, że zabraknie pauzującego za kartki Ramosa i kontuzjowanego (znów!!!) Kaki.

Adan - Arbeloa, Pepe, Carvalho, Marcelo - Xabi, Lass - Di Maria, Ozil, Ronaldo - Higuain/ Benzema

Obsada ataku jest niewiadomą o tyle, że trudno określić jednoznacznie, czy to Pipita czy Benz jest w tej chwili pierwszym napastnikiem. Szansę może dostać każdy, choćby po to, żeby Mou mógł ich porównać przed letnim porządkowaniem składu. 

Barcelona tym czasem jedzie do Valencii, gdzie spotka się z Levante, które też wcale nie jest aż takie pewne utrzymania. Trzymajmy kciuki, a nuż nadejście koronacja jeszcze się przeciągnie...

Czytaj dalej ...