niedziela, 27 lutego 2011

W dziesięciu było by łatwiej... Deportivo v Real Madryt 0-0.


Ten weekend mógł być kluczowy dla zawodów Barcy i Realu. I był. Tylko odwrotnie niż powinien, bo zamiast 3 punktów różnicy na szczycie tabeli, znów jest 7. Barcelona mimo braku czterech podstawowych (i przynajmniej dwóch kluczowych) graczy, wygrała łatwo na Majorce, a Real w pełnym składzie nie wygrał na Riazor. Znowu.

Najgorsze w tym remisie jest to, że mieliśmy wszelkie warunki, żeby jednak wygrać, a ze swojej strony zrobiliśmy wszystko, co się dało. Kontuzje ani zmęczenie na pewno nam nie przeszkodziły. Mimo wtorkowego meczu z Lyonem, nie biegaliśmy wolniej i nie kopaliśmy słabiej niż Depor. Co do zagrywek rywala, nikt na boisko nie rzucał piłek w trakcie gry, jedynymi nieczystymi chwytami były faule, które zresztą Di Maria z Ronaldo z chęcią wykorzystywali do upadków, nawet jeśli byliby w stanie utrzymać się na nogach. Deportivo nie wyglądało nawet na szczególnie zdenerwowane, to Real sprawiał wrażenie tracącego grunt pod nogami, i to niepokojąco wcześnie.

Od momentu podwójnej zmiany (Adebayor i Di Maria za Lassa i Kakę) graliśmy już bardzo bezpośredni futbol. Zwykle, kiedy upychasz w polu karnym jak najwięcej napastników, żeby przy każdej okazji wbijać piłkę na ich głowy, robisz to pięć, dziesięć minut przed końcem. Jeżeli to się dzieje przez ostatnie dwadzieścia pięć minut, to wygląda na desperację.

Na 11 wyjazdowych meczów, w których na przerwę schodziliśmy z bezbramkowym remisem, wygraliśmy w tym sezonie 3 (statystyki stąd): z Sociedad, Auxerre i Sportingiem. Co ciekawe, na pięć drużyn, z którymi traciliśmy punkty, tylko Barcelona znajduje się w górnej połowie tabeli. Wniosek jest jasny. Jesteśmy słabiutcy w ataku pozycyjnym.

Największe problemy mamy tam, gdzie rywal już przed meczem remis wziąłby w ciemno, więc na boisku całą energię wkłada w tego remisu utrzymanie. Cóż z tego, że Real jest zabójczy z kontry, skoro do kontrowania nie ma okazji. Przypomnijmy sobie nasze ostatnie mecze wyjazdowe. Z 4, wygraliśmy tylko ten z Espanyolem, kiedy po stracie Casillasa broniliśmy się przez cały mecz.

Kiedy więc nie uda się napocząć rywala w pierwszych kwadransach, nasza wiara w zwycięstwo pikuje z każdą minutą. W przeciwieństwie do poczucia bezpieczeństwa przeciwnika, który może widzi, że zmasowana obrona dobrze się sprawdza.

Co ciekawe, tym razem Mourinho, taktycznie był niemal bezbłędny. Mecz zaczęliśmy ustawieniem, które tak dobrze sprawdziło się przeciw La Real (4-1 na Bernabeu), czyli z Kaką jako mediapunta i Ozilem na prawym skrzydle. Tym sposobem obaj nasi rozgrywający nie wchodzili sobie w drogę (jak to było w Pampelunie), operując w innych rejonach boiska. Kiedy na boisko wszedł Di Maria, zajął lewe skrzydło, Ronaldo przeszedł na miejsce Ozila, który z kolei zastąpił schodzącego z boiska Kakę w środku. Później, kiedy Ronaldo był praktycznie trzecim napastnikiem, Mesut znów pełnił rolę skrzydłowego i był bliski asysty. Ale Adebayor po wrzutce Niemca uderzył w słupek.

Mou zaskoczył też odważnym jak na siebie nastawieniem ofensywnym, gdy jako pierwszego zdjął z boiska Lassa. Dotąd nie ryzykował gry jednym piwotem póki sytuacja nie robiła się kompletnie beznadziejna. Ale i ta decyzja była słuszna. Mimo że przy kontrach Depor mieliśmy przez to trochę problemów w środku pola, obrona spisała się należycie i bramki nie straciliśmy.

Skoro więc zwycięstwa nie zaprzepaściliśmy przez własne błędy, problem musi leżeć głębiej. Drużyna sprawia wrażenie, jakby na treningach zupełnie nie ćwiczyła gry do przodu. Od początku sezonu w ataku brakuje nam ruchu, wychodzenia na pozycje i wsparcie dla człowieka z piłką. Piłkarze nie rozumieją się i nie odgadują swoich intencji. Stąd, nasze ataki są wolne i przewidywalne, a kiedy próbujemy zagrać szybciej, z klepki, brakuje dokładności.

To powiedziawszy, nie mam większych pretensji do Mourinho, bo on zwyczajnie ma taki styl. Atak pozycyjny nie jest jego konikiem i nasi napastnicy będą musieli zgrywać się podczas meczów. I tak widać postęp przez ostatnie miesiące. W meczach takich jak ten w La Corunii płacimy cenę za spodziewane powodzenie w Lidze Mistrzów.

Dotąd Josemu udało mu się zbudować nieidealny, ale bardzo dobry zespół. Po prostu okoliczności wymagają jeszcze więcej. Dziś Borussia wygrała z Bayernem i po 23 kolejkach ma nad nim 16 punktów przewagi. Nad drugim w tabeli Bayerem (który ma jeden mecz mniej), 13 punktów. Real po 24 meczach, ma 3 punkty więcej niż Borussia, a jednak traci do lidera swojej ligi 7 oczek i zamiast spacerować po tytuł, wkrótce nie będzie mógł o nim nawet pomarzyć. Cóż, czasem zdarza się zremisować...

Tłusty cytat z Kaki:


No to nie dziwne, że wygląda na grubego, skoro je za dziewięciuset...

Liczby tygodnia

2250 -- tyle minut rozegrał Cristiano na ligowych boiskach w tym sezonie; to dokładnie tyle samo, ile trwały wszystkie mecze Realu Madryt; CR7 jest jedynym graczem z pola, który nie opuścił choćby minuty gry od początku ligi 2010/11

27 + 28 = 2 -- w La Corunii Adebayor i Pepe obchodzili urodziny, odpowiednio 27. i 28.


Grunt to nie tracić humoru. Mecz z Malagą już w czwartek. Tym razem 0-0 nie będzie na pewno!

Hala Madrid!

Czytaj dalej ...

sobota, 26 lutego 2011

Depor v Real, czyli uwaga na numer z pijanym staruszkiem + jeszcze słowo o meczu z Lyonem


Zanim o nadchodzącym meczu z Deportivo, wracam jeszcze do spotkania z Lyonem. Jako wyznacznik tego, w jakim miejscu budowy drużyny znajduje się Mourinho, ten mecz był całkiem ciekawy. Poza Barceloną, nie mierzyliśmy się bowiem w tym sezonie z rywalem na poziomie rundy pucharowej Ligi Mistrzów. Chciałbym się skupić na jednym wniosku z tej potyczki, na elemencie naszego ustawienia, który pojawił się już w naszym wykonaniu jesienią w El Clasico.

Otóż Di Maria nie jest środkowym pomocnikiem, a na takiej pozycji de facto we wtorek zagrał. Ponieważ Mou zrezygnował z koncepcji trzech piwotów, Klusek musiał więcej pracować w obronie. Cofał się częściej i głębiej nie tylko niż Adebayor i CR7, ale także Ozil. Niestety, z jego defensywnej gry wynikało niewiele, bo mimo szczerych chęci, nie potrafi zabierać piłki rywalom. Ilość jego odbiorów w całym meczu - o ile jakieś miał - była zaniedbywalna. Lass grający od początku, Granero czy nawet Gago, każdy z nich byłby istotnym wzmocnieniem naszej siły defensywnej, Di Maria nie był nim w ogóle.

W dodatku, cofnięta pozycja i zadania obronne wyraźnie ograniczały udział Angela w atakach drużyny. Po raz pierwszy po polem karnym Lyonu pojawił się po 24 minutach gry, złapany w pułapkę ofsajdową. Oddał w całym meczu dwa strzały, w tym jeden celny, kiedy z 30 metrów z nieprzygotowanej pozycji uderzył prosto w Llorisa. Był co prawda najczęściej faulowany z piłkarzy Realu (4 razy) i wywalczył nam parę rzutów wolnych w ważnych momentach, ale przede wszystkim w drugiej połowie. Co najmniej równy pożytek mielibyśmy z niego, gdyby wszedł na ostatnie 20 minut, świeży, przeciw zmęczonym obrońcom, tak jak w pierwszym meczu z Auxerre.

Przychodzą mi do głowy dwa powody, dla których Jose zdecydował się na takie ustawienie.

Albo trener liczył na kontrataki, przy których szybkość Kluska jest oczywistym atutem. W takim razie jednak mocno się przeliczył, bo Lyon nas też chciał kontrować, więc grał przycupnięty na własnej połowie. Albo Mou chciał, żeby Angel angażował Bastosa/Delgado do pomocy Cissokho w grze obronnej (na lewym skrzydle Lyonu, a naszym prawym), ograniczając im możliwość ataków naszym skrzydłem. W tym wypadku, to [na początku Delgado, a po kwadransie przesunięty na lewe skrzydło] Bastos raczej wiązał Di Marię defensywnie niż Di Maria jego.

W każdym wypadku, lepiej od Angela w wyjściowym składzie sprawdziłby się któryś z nominalnych środkowych pomocników, którego w razie potrzeby Klusek zmieniłby w drugiej połowie.

Zobaczymy, co Mourinho zrobi dalej z tym oryginalnym pomysłem taktycznym. Okolicznością przemawiającą za tą koncepcją jest pracowitość Di Marii, który dużo bardziej niż Cristiano jest skory do pomocy w defensywie. Problem w tym, że kiedy podczas Gran Derbi grał jako wspomagający Marcelo obrońca przeciw Alvesowi, efekt był równie mizerny jak we wtorek. W dwóch z dwóch najważniejszych rozegranych przez nas dotąd meczów, Di Maria nie sprawdził się jako dodatkowa siła w obronie. Może nie warto więc kombinować.

Deportivo v Real, czyli uwaga na numer z pijanym staruszkiem!

Rola Di Marii w sobotnim spotkaniu z Deportivo będzie jednak dużo bardziej ofensywna. Mimo że gramy na wyjeździe, tym razem będziemy musieli wykazać więcej inicjatywy i mocniej zaangażować się w prowadzenie gry. Depor z remisu w Primera było by jeszcze bardziej zadowolone niż Lyon w LM i nie ruszy na nas z huraganowymi atakami.

Kiedy na początku października 2010 podejmowaliśmy zespół Miguela Angel Lotiny, szorował on siedzeniem po dnie tabeli, po części w efekcie katastrofalnej słabości ataku, wówczas najgorszego w lidze (teraz zresztą też). Nic nie wskazywało, by dla drużyny miał nadejść ratunek. W La Corunii nie ma Szejka (jak w Maladze czy Santander), który lekką ręką zapewniłby wzmocnienia w styczniu. Nawet kibice zaczęli się od swoich ulubieńców odwracać. Sytuacja była tak ponura, że trener Lotina zwierzał się dziennikarzom - pół żartem - z myśli samobójczych, bezsilny wobec nędzy jego drużyny. Tymczasem parę tygodni po laniu na Santiago Bernabeu (6-1) Deportivo nagle przestało przegrywać. Mało tego, wygrało aż cztery z kolejnych pięciu spotkań i choć potem grali już w kratkę, udaje im się utrzymać bufor bezpieczeństwa w postaci trzech punktów przewagi nad strefą spadkową. Tymczasem Almeria, Saragossa i Malaga, które w panice przed groźbą degradacji pozmieniały trenerów, bądź - jak w przypadku tej ostatniej - dokupiły kolejne pół składu,wszystkie znajdują się pod kreską...

Na ich tle, Depor ze swoim depresyjnym trenerem sprawia wrażenie pijanego staruszka z chińskich filmów karate, który zaczepiony przez zuchwałych młokosów okazuje się być mistrzem sztuk walki i rozkłada napastników na łopatki ciągle chwiejąc się na nogach, pociągając z piersiówki między jednym a drugim ciosem.

La Coruna mistrzem naturalnie nie jest i w przewidywalnej przyszłości nie będzie. Ale wydaje się w jakiś szczególny sposób czerpać siłę ze swojej słabości. Wszyscy w klubie wydają się pogodzeni z ciężką dolą i nie napinają muskułów przed opinią publiczną, nie pokrzykują o potrzebie radykalnej zmiany sytuacji.

Taka postawa wydaje się sprawdzać także w innych klubach dołu tabeli, które mimo ciężkiej sytuacji stawiają na ciągłość i unikają nagłych ruchów. Większość z nich dysponuje jednak atutami, których Deportivo nie ma. Hercules zadbał przed sezonem o klasowych piłkarzy, nawet jeśli - jak się okazuje - nie ma pieniędzy na ich usługi. Sporting Gijon ma przynajmniej wsparcie fanatycznych kibiców, regularnie wypełniających El Molinon. Tylko Levante jest równie kiepskie co Depor, a może nawet gorsze, ale ono jest też niżej w tabeli.

I tak, zupełnie niepozorna drużyna z Galicji niecały miesiąc temu powstrzymała Sevillę po dramatycznym meczu (3-3), zdjęła skalp z Villarreal (1-0, jako kolejny już outsider), a ostatnio zremisowała na wyjeździe z Almerią (1-1). Niektóre z tych punktów zdobywała w niecodziennych okolicznościach, a to napastnik, który w kilkunastu występach ledwie raz pokonał bramkarza rywali, nagle ustrzelił urodziwy dublet (Lassad z Sevillą), a to wreszcie w ostatniej sekundzie meczu wyrównującą bramkę - z gry! - zdobył bramkarz Aranzubia (przed tygodniem w Almerii). Warto więc podchodząc do niemal leżącego Depor mieć się na baczności. Zwłaszcza u siebie, potrafią nieraz zrobić coś z niczego.

Na szczęście forma Królewskich zdaje się rosnąć. Piłkarze odzyskali już świeżość po nierównym styczniu i w dobrym stylu ograli Espanyol, Levante, a z Lyonem wywalczyli korzystny remis. Dobre wyniki idą w parze ze wzrostem morale. 'Dla zawodników najlepszą motywacją jest świadomość, że wciąż walczą o wszystkie trzy trofea', powiedział Mou na konferencji prasowej. I dobrze, bo będziemy dziś potrzebować pewności siebie u prawdopodobnych zmienników. Bo też w trzecim kolejnym meczu rozgrywanym w ciągu tygodnia możemy się chyba paru zmienników możemy się spodziewać.

Z jedenastki z Lyonu - optymalnego ustawienia Mou w tym sezonie - na pewno kontuzjowanego Khedirę zastapi Lass. Na lewej obronie powinien zagrać Marcelo, który jest naszą bardziej ofensywną opcją niż Arbeloa, który z kolei może zagrać na prawej obronie kosztem Ramosa. Co do reszty, być może jeden z napastników będzie odpoczywał. Dotąd najczęściej rotowany był Di Maria, ale tym razem to zamiast Ozila może zagrać np. Kaka. Z naszym ustawieniem jest trochę zgadywanki, bo Mou ostatnio zdaje się nabierać zaufania do rezerwowych.

Iker - Ramos, Pepe, Carvalho, Marcelo - Xabi, Lass - CR7, Kaka, Ozil - Ade

Ronaldo miał drobny uraz kostki po tym jak nadepnął go Cris (ten z Lyonu), ale oczywiście już doszedł do siebie.

Co do składu Depor, nie czuję się na siłach by go przepowiadać. Lotina dopiero w dwóch ostatnich meczach zrezygnował z ustawienia piątką obrońców, na rzecz 4-3-1-2, w stylu włoskim. Przeciw Realowi na pewno nie zagra kapitan, 35-letni Manuel Pablo, który determinacją i doświadczeniem nadrabia braki w technice i niedobór talentu. Ten boczny obrońca, pamiętający jeszcze złoty okres Depor z półfinału LM (przeciw Porto Mourinho) często napędzał ataki drużyny biegając niestrudzenie wzdłuż linii i posyłając wrzutki w pole karne. Czy pod jego nieobecność Depor wzmocni tyły, czy raczej spróbuje przenieść grę bliżej pola karnego Casillasa?

Stawiałbym raczej na tę pierwszą opcję, czyli 5-4-1. Ta druga jest po prostu zbyt ryzykowna, bo zostawia bocznych obrońców 1 na 1 z naszymi skrzydłowymi, czyli naszą najgroźniejszą bronią.

Poza Manuelem Pablo, zabraknie Valerona, kolejnego weterana La Corunii, który jednak nie odgrywa w tym sezonie znaczącej roli, także przez ciągłe urazy. Zabrakło go już m.in. w meczu na Bernabeu w tym sezonie. Natomiast wraca do składu Guardado i on jest chyba jedynym prawdziwym talentem w swojej drużynie, jedynym, który potrafi w pojedynkę stworzyć sytuację strzelecką partnerom. Chciałoby się więc napisać, że jeżeli będziemy uważać na niego, reszta nie powinna nam zrobić krzywdy, ale dziwne przypadki Deportivo z poprzednich meczów każą spodziewać się niespodziewanego. Mou powinien na wszelki wypadek wyznaczyć kogoś do przykrycia ich bramkarza. Nie budźmy pijanego dziadka, niech sobie śpi pod pniem bambusa.

Ps. Jednym z bohaterów naszego pierwszego meczu z Depor w tym sezonie był Pipita. Kiedy wróci do zdrowia, będziemy mieć problem bogactwa w ataku. Przynajmniej póki Mou nie pozbędzie się Benzemy...

Bramkarz strzela gola



El Dios asystuje piętką

Czytaj dalej ...

piątek, 25 lutego 2011

Comic relief: Fala neapolitańska [WIDEO]

Wśród zachowań kibiców dopingujących swoją drużynę znajduje się tzw. fala meksykańska. Polega ona oczywiście na tym, że kolejne rzędy i sektory wstają energicznie z miejsc wyciągając jednocześnie ręce w górę, co daje wrażenie falowania trybun.


W meczu Villarreal z Napoli w ostatni czwartek, kibice gości, choć nieumyślnie, zaprezentowali nową 'falę', przelewając się dosłownie przez siatkę ochronną, która nie wytrzymała pod ich ciężarem. Szczęście w nieszczęściu, że piłkarzom zabrania się prowokowania kibiców po strzeleniu gola. Gdyby Hamsik zdjął koszulkę, zamiast 'fali' mógłby być 'zalew'.

(rzeczonym kibicom w większości nic się nie stało. Zdaje się, że tylko jeden musiał pozostać w szpitalu ze złamaną nogą. Villarreal wygrał mecz 2:1 i awansował do 1/8 EC)


CHLUP!

Czytaj dalej ...

środa, 23 lutego 2011

It's Benzey time! OL v RM 1-1


Real strzelił swojego pierwszego gola na Stade de Gerland w historii, ale potrzebował do tego piłkarza Lyonu. A dokładniej, byłego piłkarza Lyonu. Właśnie Benzema, który po przeszło godzinie gry zmienił Adebayora oklaskiwany przez miejscową publiczność, w niecałą minutę dał Królewskim prowadzenie. Dzięki jego bramce, Real wywiózł z terenu OL, najlepszy rezultat w historii (czyli remis) i przed rewanżem jest w bardzo dobrej sytuacji.


Zawodnik, którego na początku sezonu Mou publicznie strofował za lenistwo i który dzięki kontuzji Higuaina dostał mnóstwo szans na udowodnienie swojej wartości, marnując przytłaczającą większość z nich, zdobył dla Królewskich bramkę na wagę złota.

Zwłaszcza po transferze Adebayora wydawało się, że Benz jest w Madrycie skończony. Przecież Ade to faworyt Mourinho, idealnie pasujący do koncepcji Jose, piłkarz, którego Mou ścigał od pół roku. Do tego Manolo miał świetny początek w nowym zespole, strzelając bramki z Sevillą i Realem Sociedad i notując bardzo dobry występ przeciw Espanyolowi. Tymczasem Karim, któremu na boisku brakowało pewności nawet kiedy nie miał konkurencji w składzie, dokonał we wtorek czegoś, co dotąd nie udało się żadnemu z Los Blancos.

Gol może nie był wyjątkowej urody, akcja wzięła się z przechwytu na połowie rywala i przebiegła dość chaotycznie wśród coraz bardziej zdezorientowanej obrony Lyonu. Benz położył Revelliere'a i bramkarza Llorisa, po czym samemu upadając oddał dość lekki strzał, który Lloris obroniłby bez trudu, gdyby nie próbował podnieść się z murawy. Ale, jak mówi banał, gol to gol, a jeżeli trochę chaosu pomaga nam zdobywać bramki i wygrywać mecze, to ja nie mam nic przeciwko.

Walczący z własną niemocą francuski napastnik niezauważenie dorobił się imponującej statystyki w rozgrywkach Champions League. To jego 5. trafienie w 6. meczu tegorocznego turnieju i choć inni mogą mieć bogatsze konto strzeleckie, skuteczność Benzemy na przestrzeni jednego sezonu wynosi 1 gola na ledwie 62 minuty. Jedynym strzelcem, który przewyższa go w tej statystyce jest Van Gol, z bramką na każde 57 minut w latach 02/03 (statystyka obejmuje graczy z przynajmniej 3 bramkami).

Ale remis w Lyonie ma drugiego cichego bohatera, który w tej roli pojawia się w kolejnych meczach z niemiecką regularnością. To oczywiście Ozil, który był kluczowy w wypracowaniu kolejnej już istotnej bramki. To jego indywidualna akcja pozwoliła nam wygrać w grudniu z Sevillą bardzo skomplikowany mecz, to on już wcześniej rozegrał z Benzem dwójkową akcję - znów przeciw Sevilli - w wyjazdowym półfinale Copa del Rey (wygraliśmy 1-0), wreszcie to on rozstrzygnął praktycznie drugi półfinał, strzelając w Madrycie na 1-0 i pozbawiając drużynę Manzano resztki nadziei na sukces. Także tym razem Mesut zainicjował wymianę podań, która doprowadziła do gola.

O ile jednak wysokiej pozycji Mesuta w drużynie nikt nie kwestionuje, status Benzemy wciąż jest wątpliwy. Mourinho bardziej niż pojedyncze trafienia, przekonuje codzienna praca na treningach i postawa zawodnika przez cały sezon, a także dopasowanie to koncepcji. Skoro więc Adebayor dotąd był jego pierwszym wyborem, jeden mecz, w którym zresztą Manolo sporo się napracował, nie powinien tego zmienić. Ale niezależnie od tego, który z napastników gra pierwsze skrzypce, od wczoraj wiemy już, że Mourinho nie musi wybierać się na polowanie z kotem.

Przed rewanżem jestem usposobiony optymistycznie. Statystycznie biorąc, 1-1 to świetny rezultat. Dotąd w pucharowej fazie LM Real w pierwszym meczu na wyjeździe remisował 1-1 osiem razy i za każdym razem awansował dalej. Z drugiej strony, Lyon nigdy nie awansował po remisie 1-1 u siebie.

W zeszłym roku na Bernabeu Real wyglądał całkiem dobrze, ale popadł w nonszalancję i bramka Pijanicia w drugiej połowie zadecydowała o awansie. Teraz, to my strzeliliśmy na wyjeździe i w postawie drużyny widać było rękę Mourinho, który w pucharach nie zwykł przegrywać przez rozprężenie. Gol Gomisa doda meczowi na Bernabeu emocji, ale jestem przekonany, że tym razem na 1/8 nasza przygoda z Ligą Mistrzów się nie skończy.



Czytaj dalej ...

poniedziałek, 21 lutego 2011

Barca vs. Athletic Bilbao 2-1, czyli prawdziwe męstwo.

Takimi meczami wygrywa się ligę – powiedział Pique po meczu i jest w tym sporo racji (a będzie jeszcze więcej jak ją wygramy). “Takie mecze”, czyli gdy drużyna, która jest w dołku formy psychicznej i fizycznej, a mimo to potrafi wygrać z ciężkim przeciwnikiem, dodają skrzydeł nie tylko w postaci 3 - jakże ważnych – punktów, ale również mentalnych. Wiedzieliśmy, że będzie to ciężki sprawdzian dla Barcy, a przed meczem doszła jeszcze informacja o kontuzji Valdesa, która na pewno nastrojów nie polepszyła. Na szczęście tym razem naszym zawodnikom bardziej zależało, co ostatnio ma kolosalne znaczenia dla przebiegu meczu.

Z innych radosnych informacji: to był nasz ostatni mecz z Athletic Bilbao w tym sezonie. Dzięki Bogu. To był naprawdę ciekawy mecz.

Presja była dużo, bo Imperium Zła w sobotę łatwo poradziło sobie z Levante i zbliżyło się na 2 punkty, Barca musiała ten mecz wygrać. Porażka z Arsenalem raczej nie wpłynęła negatywnie na zawodników, można powiedzieć , że było wręcz odwrotnie: tym razem nie popełniliśmy tylu błędów. Co nie znaczy, że ich w ogóle nie popełniliśmy, ale pomógł nam brak szybkości zawodników z Bilbao.

Guardiola wystawił interesującą jedenastkę: Pinto, Alves, Pique, Busquets, Abidal, Mascherano, Xavi, Iniesta, Messi, Pedro i Villa. Baskowie mieli prostą taktykę polegającą na wysokim pressingu, fizycznej, twardej grze i nie pozwoleniu nam na utrzymywaniu się długo przy piłce (sic!). Plan prosty, dobry, ale legł w gruzach w 4 minucie, kiedy to Xavi posłał fantastyczne podanie do Alvesa, który odegrał z pierwszej piłki do Villi, który strzelił bez przyjęcia nie do obrony. To był trzeci gol Villi w ostatnich trzech meczach i wyraźnie widać, że Villa w odróżnieniu od Pedro czy Messiego, jest w formie.

Zatrzymam się na chwilę przy tym golu, bo wywołał kontrowersję po ciemnej stronie mocy. Czy Alves był na spalonym? Moim zdaniem nie był, tu macie zdjęcie i sami oceńcie:

Ale najśmieszniejsze w całej tej sytuacji jest zachowanie madryckich mediów, a mianowicie As aby udowodnić, że Dani był na spalonym spreparował zdjęcie w swojej gazecie i usunął jednego obrońcę, zobaczcie sami:

Oczywiście przenikliwi czytelnicy to zauważyli i As na stronie internetowej przeprasza za błąd (błąd? śmieszne). Dziwnie zachowują się gazety sprzyjające IZ: Marca dolicza gole CR, As wykorzystuje photoshopa do udowodnienia swoich absurdalnych tez. Litości.

Wracając do meczu: było 1-0  i wydawało się, że mecz jest już rozstrzygnięty, ale niestety to nie jest Barca w optymalnej formie. Widzieliśmy błędy w ustawianiu się, gdy Pique dał się ograć jak dziecko Llorente, albo głupie podanie Abidala, które w efekcie skończyło się wykorzystanym rzutem karnym. Messi znów miał dużo strat, podawał częściej do przeciwników, a brak odpowiedniego ruchu w okolicach pola karnego doprowadzał mnie do szału. Na szczęście mamy El Guaje, który potrafi znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, jakby powiedział Maciek Szczęsny: to taki lisek-chytrusek.

Dużym problemem był brak skrzydeł w naszym zespole, szczególnie z takim zespołem jak Bilbao, który broni zaciekle w środku pola, uruchomienie skrzydeł jest kluczowe. Niestety działała tylko prawa strona, gdzie szalał Daniel Alves, na lewej nie było komu grać, bo Abidal częściej zostawał na środku obrony, ponieważ Busquets wolał rozgrywać piłkę. Jak ważne były skrzydła? Wystarczy napisać, że dwa gole padły po zagraniach Xaviego, do Alvesa, który asystował przy obydwu golach. Oczywiście gdyby Dani miał w sobie instynkt zabójcy to mógłby ustrzelić wczoraj hattricka, ale - nie wiedzieć czemu - on woli podawać, nawet jak ma tylko bramkarza przed sobą.

Zmęczenie jest brutalną sprawą, która może sprawić wiele kłopotów, ale w takich chwilach pokazuje się charakter: prawdziwe męstwo niczym Jeff Bridges w najnowszym filmie braci Coenów. Gdy wydawało się, że Athletic Bilbao przetrwa, drużyna pokazała owe męstwo. Znowu Xavi świetnie podał do Alvesa, który podniósł głowę i wypatrzył wbiegającego Messiego. Ten z pierwszej piłki skierował piłkę pod porzeczkę, tak by bramkarz nie miał szans na obronę i tym strzałem nie tylko zabił nadzieję kibiców IZ, ale także nadzieję Basków na dobry rezultat. Było po meczu. Messi czekał spokojnie w polu karnym, obserwował co robi Alves, a gdy nadszedł moment, to przyśpieszył, wyprzedził obrońcę i skierował piłkę do siatki. Powrót formy? Jedna jaskółka itd., ale wyraźnie po zejściu Villi, Leo zaczął swoje show. Miejmy nadzieje, że to już niedługo.

Po meczu z Kanonierami pisałem, że Pep wyciągnie wnioski i więcej tych samych błędów nie popełni. Tym razem dokonał właściwych zmian. Gdy widział, że na lewej stronie nie mamy kim grać i że Mascherano nie był przydatny w obliczu tak defensywnej gry Basków, zdjął Javiera i wprowadził Maxwella. Dobry ruch, który ożywił lewą flankę i więcej zaczęło się dziać. Busquets przeszedł na swoją nominalną pozycję i gra stała się płynniejsza, Abidal rządził w obronie, Sergio był przed nim, a Xavi mógł wreszcie spokojnie dogrywać piłkę tam gdzie chce. Potem, przy 2-1 Pep zdjął El Guaje i wprowadził Keitę, którego wzrost i siła przydały się w ostatnich minutach. Czy wolelibyście żeby zszedł Pedro zamiast Davida? Może, ale na szczęście nie miało to znaczenia.

Barcelona wygrała bardzo trudny mecz z Bilbao 2-1 i ma 5 (a de facto 6) punktów przewagi w tabeli. Teraz mamy upragniony tydzień przerwy, a potem mecz z Mallorcą. Pep dał dwa dni wolnego zawodnikom i do treningów mają wrócić we środę. Odpoczynek na pewno się przyda. Wszystkim

Zespół: 7. Kilka błędów wynikających ze zmęczenia i słabszej formy, ale ogólnie przyjemnie było zobaczyć Barcelonę, której zależało.

Guardiola: 8. Pierwsza XI nie wypaliła? Nie ma problemu, bo zaraz to zmienię. Dobre zmiany i dobrze zmotywowani zawodnicy, czego chcieć więcej od Guardioli?

Pinto: 7. Jedna fantastyczna interwencja, po strzale głową Llorente, która pokazała niedowiarkom, że Pinto potrafi bronić. W obliczu kontuzji VV będzie miał okazję do jeszcze kilku występów w pierwszym składzie i po tym co pokazał możemy być spokojni.

Dani Alves: 8. Świetny w obronie i w ataku. Dwie asysty, wspaniałe rajdy, szkoda tylko, że nie decyduje się na strzał gdy jest sam na sam z bramkarzem.

Abidal: 7. Głupie podanie do Sergio, które doprowadziło do karnego, ale poza tym bezbłędny. Najlepszy obrońca na świecie w tej chwili.

Pique: 5. Dawał się ogrywać Llorente, Toquero, co mogło się skończyć źle. Na szczęście Barca wygrała, ale widać, że Pique potrzebuje odpoczynku.

Busquets: 7. Jako środkowy obrońca, częściej był widywany w środku pomocy, ale w drugiej połowie bez zarzutu. Wrócił na swoja pozycję i Barca odzyskała swój rytm. Ważny zawodnik.

Mascherano: 5. Kilka niecelnych podań w środku pola, widać, że brakuje mu ogrania. W takim meczu nie miał za wiele do roboty. Chciałbym żeby Pep wypróbował go na środku obrony, myślę, że nadawałby się bardziej niż Busi.

Xavi: 7. Trochę mało widoczny. Poza tymi dwoma genialnymi podaniami do Alvesa niczym się nie wyróżnił. Solidny występ naszego Generała.

Iniesta: 8. Co za mecz?! Zawsze mnie zdumiewa jego łatwość utrzymywania się przy piłce. Gdy Busi wrócił na swoją pozycję, Iniesta zaczął lepiej grać. Zawładnął lewą stroną i miałby kilka asyst gdyby nie jego koledzy. Z takim Iniestą Arsenal pokonamy.

Pedro: 5. Słabszy w ataku, wolny, mało agresywny. Widać, że forma gdzieś uciekła. Myślałem, że Guardiola zmieni go szybciej. Na pewno tydzień odpoczynku dobrze mu zrobi.

Messi: 6. Strzelił gola, a po zejściu Villi rządził na boisku, ale to jednak za mało jak na takiego zawodnika.Strasznie dużo niecelnych podań, strzałów i za dużo dryblingów. Widać przebłyski dobrej formy, ale to jeszcze nie jest to.

Villa: 8. Kolejny gol, dobry ruch w ataku, pokazuje się, dochodzi do sytuacji. Właśnie tego od niego oczekiwaliśmy. To jest napastnik wart 40 mln euro.

Zmiany:

Maxwell (za Mascherano): 6. Solidnie w obronie i w ataku. I to mi w zupełności wystarczy.

Keita (za Villę): za mało czasu na boisku.

Afellay (za Pedro): za mało czasu na boisku.

Czytaj dalej ...

niedziela, 20 lutego 2011

Wewnętrzny pojedynek snajperów. Real v Levante [spokojne] 2:0


Benz i Carvalho strzelili po swojej trzeciej ligowej bramce i w klasyfikacji strzelców wciąż idą łeb w łeb. Dzięki ich trafieniom dość gładko pokonaliśmy Levante, którego bagaż bramek wywiezionych z Bernabeu w tym sezonie wynosi już 10 (8 w Copa del Rey). Ale absolutnym bohaterem spotkania był w sobotę Klusek Di Maria, który w pojedynkę wypracował bramkę Benzemy i raz po raz idealnie obsługiwał kolegów.


Trener Luis Garcia ustawił swoją drużynę w formację 5-4-1, licząc, że przyniesie ona powodzenie tak jak w niedawnym wyjazdowym meczu z Villarreal. Tam Levante wygrało sensacyjnie 1:0. Tylko że piłkarze Garrido grają dwoma napastnikami, więc trzech stoperów to na nich optymalna broń. Przeciw Realowi i jego osamotnionej 'dziewiątce' tak liczna defensywa jest zbytkiem. Dla wzmocnienia defensywy, Garcia musiał uszczuplić zasoby drugiej linii. W efekcie, Ronaldo, Kaka i spółka, nie mieli problemów ze zdominowaniem skromnych sił przeciwnika w środku pola, i choć wedrzeć się w pole karne Munuy nie było im zbyt łatwo, to bez trudu dochodzili do dobrych pozycji strzeleckich. Dobrym przykładem była akcja Sergio Ramosa, który nieatakowany mógł podprowadzić piłkę na sam skraj 'szesnastki', by uderzyć jednak niecelnie. Warto odnotować też szczególnie groźne strzały Marcelo i Di Marii, ale tak naprawdę to nie taktyczne pomysły Mourinho rozstrzygnęły ten mecz na naszą korzyść. Czynnikiem X były tego wieczoru indywidualności, a konkretnie jedna, chuda.

Już w 6. minucie Di Maria udaremnił koncepcję Luisa Garcii, kiedy na paru metrach, dzięki świetnej technice i balansowaniu ciałem ograł pół obrony gości i wyłożył piłkę Benzemie na piąty metr. To była jedna z najładniejszych akcji Realu w całym sezonie.

Aż do soboty, Di Maria w ostatnich dwóch meczach w klubie zagrał w sumie 34 minuty. Przeciw Espanyolowi co prawda wyszedł w pierwszym składzie, ale został poświęcony już w 4. minucie przez Mourinho, który za wykluczonego Casillasa musiał wprowadzić Adana. Zatem, mimo gola zdobytego dla reprezentacji w zeszłą środę, ostatnie tygodnie mogły Angela trochę sfrustrować.

W meczu z Sociedad drużyna wyglądała wspaniale z Ozilem na skrzydle, w miejsce Kluska. Na domiar złego, polot, z jakim Real grał w takim zestawieniu mocno kontrastował z ociężałością i niemocą drużyny we wcześniejszych meczach, kiedy to bezowocne indywidualne akcje Di Marii (przeciw Mallorce czy Osasunie) uwydatniały słabą formę teamu Mourinho. Tym razem jednak, Angel pokazał się ze swojej najlepszej strony.

Nie tylko bowiem asystował Karimowi. Większość jego podań z głębi pola i ze skrzydła znajdywała Ronaldo albo Benza na czystej pozycji. Niestety, nieskuteczność kolegów, a czasem błędy sędziego (niesłuszny spalony przy sytuacji Ronaldo), nie pozwoliły Angelowi zaliczyć więcej asyst. Mimo to, tym występem pokazał, że wciąż jeszcze ma w zanadrzu trochę łakoci dla fanów, których apetyty rozbudził udaną rundą jesienną. Nie wiem, czy Di Maria jest królem pojedynków ze słabszymi obrońcami czy by błyszczeć brakowało mu tylko świeżości. Ale dobrze jest zobaczyć go w pełni formy tuż przed kluczową fazą sezonu.

Mourinho udało się wygrać jednocześnie oszczędzając na mecz z Lyonem paru kluczowych zawodników. Ani minuty nie zagrał Xabi Alonso, którego zastąpił skuteczny i jak zwykle aktywny Lass Diarra. Do kadry meczowej w ogóle nie został powołany Pepe, zamiast którego grał Albiol. Nasz mistrz świata z Hiszpanią był bardzo czujny i dobrze wywiązał się z obowiązku pilnowania groźnego Caicedo (9 bramek w lidze). Ekwadorczyk dość wcześnie został zmieniony. Ozil i Adebayor (zluzowani w pierwszej jedenastce przez Kakę i Benza) weszli jednocześnie z ławki na ostatni kwadrans, być może by pomóc Cristiano, walczącego z Del Horno i własną niemocą o kolejne trafienie w wyścigu o trofeo pichichi. Mesut w ostatniej minucie meczu zdążył wykonać kapitalny rajd z jednej strony boiska na drugą, przedryblowawszy całą obronę Levante. Dobijający jego strzał Cris był jednak na spalonym. Wreszcie, za odpoczynek można uznać nieobecność Arbeloy, który najprawdopodobniej we wtorek w LM zagra od początku. Do drużyny dołączy oczywiście też Casillas, więc niemal cały nasz pierwszy skład powinien być wypoczęty. To ważne, bo Lyon ma jeden dzień więcej na regenerację.

Jako ciekawostkę warto odnotować historię Lisandro Lopeza, napastnika Olympique, który pominięty przez trenera Puela w składzie na ostatni mecz z Nancy (4:0), ze wściekłości kopnął piłkę i uszkodził sobie więzadła. Teraz jego występ przeciw RMCF stoi pod znakiem zapytania (zapowiedź tego kluczowego spotkania wkrótce!). Tę anegdotę (?), opisaną w prasie w piątek, przytoczył Mourinho zapytany dlaczego CR7 grał po raz kolejny cały mecz. Cristiano też jest w końcu z tych, dla których urażona ambicja jest groźniejsza niż bieganie po boisku przez każdą możliwą minutę w każdym możliwym meczu.

Wracając na koniec do meczu z Levante, goście nie mieli ani jednej dobrej sytuacji, co wynikało przede wszystkim z niechęci do odstąpienia od defensywnej formacji. Trudno im się jednak dziwić, skoro to potencjalnie najgorsza drużyna ligi, która w dodatku miała w pamięci traumę z ostatniej wizyty w Madrycie. Gdyby ich obronny plan się powiódł, Real musiałby zaatakować większymi siłami i pewnie Levante miało by więcej szans. Gol Benza po akcji Di Marii ten plan zniweczył i praktycznie skończył mecz już na samym początku. A trafienie Carvalho po rzucie wolnym Cristiano dało Królewskim pewność i bezpieczeństwo.

Podczas meczu Arsenal-Barca, nasz Wojtek Szczęsny miał swoje pięć minut w polskiej prasie. Wspominam o tym, bo wcześniej, w meczu Real-Auxerre, w podobnej sytuacji, choć z innych powodów znalazł się Dżerzi Dudek. Wystarczyło pól meczu i jedna złamana szczęka, żeby cały kraj odgrzał swoje zachwyty nad 'bohaterem Stambułu', podlewając je dodatkowo okrasą współczucia dla kontuzjowanego. Dla mnie, tamten mecz najlepiej podsumował karierę Dudiego w Realu, gdzie zawsze był tylko cierpliwym 'numerem dwa' i 'dobrym duchem' drużyny. Emerytem na ławce rezerwowych. Przeciw Levante, podobnie jak w Barcelonie przed tygodniem, Casillasa zastępował Adan, a Jerzy po raz kolejny umiał z godnym podziwu altruizmem wytłumaczyć decyzję Mourinho.

Trener uznał [przed Espanyolem], że jest za wcześnie, bym usiadł na ławce rezerwowych. Na moje nieszczęście albo i szczęście. Jose Mourinho mówił później: „To był ciężki mecz. Jesteś świeżo po wyleczeniu urazu. Nie wiadomo, jak z tobą w bramce wszystko by się potoczyło. Z Adanem też ryzykowałem, bo jest młody i niedoświadczony. Najważniejsze, że wygraliśmy”. Teraz trener nie ma powodu, by zmienić bramkarza, choć przez cały tydzień starałem się pokazać, że jestem gotowy do gry.

I jak tu się dziwić, że tak Dudka w Realu cenią, skoro na treningach daje z siebie wszystko, a potem i tak każdemu przytakuje. Oczywiście kariera Szczęsnego będzie inna, tak jak inny jest jego temperament, ale w przypadkach obu Polaków wystarczą dwie nawet niegenialne interwencje, żeby rozgrzać do czerwoności rodaków.

Liczby tygodnia:

9 - od tylu lat Mourinho nie przegrał ligowego meczu u siebie; seria imponująca, wypracowana z czterema klubami w czterech silnych ligach, ale prawdziwy test nadejdzie w kwietniu; i choć Mou nie gra dla tego akurat rekordu, to na pewno będzie to kolejny z mnóstwa smaczków Gran Derbi na Bernabeu

23 - tyle lat skończył w poniedziałek bohater sobotniego meczu, Angel Di Maria; feliz cumpleaons!

20 - tyle lat skończył w środę pomocnik szerokiego składu Realu Madryt, w sobotę nieobecny nawet na ławce rezerwowych Sergio Canales; feliz cumpleanos!

47 - taki rozmiar buta nosi Manolo Adebayor; to największa stopa w historii klubu; cóż, móc w jednym zdaniu o sobie obok 'Realu Madryt' umieścić 'największy' to już coś, no nie?

Real wraca do Ligi Mistrzów już we wtorek. Będą godne emocje. Już się zaczynam gotować:p

Hala Madrid!

Czytaj dalej ...

sobota, 19 lutego 2011

Barca vs. Athletic Bilbao, czyli jak poskromić Lwa. (UPDATE)

Barcelona – Athletic Bilbao, Niedziela godzina 21, Canal Plus Sport hd.

Do Barcelony przyjeżdża Athletic Bilbao, brzmi znajomo prawda? W tym sezonie graliśmy z nimi trzy razy: dwa razy w Bilbao (1:3 i 1:1 w CdR) i raz na Camp Nou (o:0 w CdR) – ile można spytacie? To już ostatni raz w tym sezonie i skoro to nasze ostatnie spotkanie,  to warto by zakończyć je mocnym akcentem.

Dwa ostatnie mecze w Pucharze Króla były bardzo zacięte i tym razem będzie podobnie. Athletic jest w dobrej formie, obecnie zajmuje 5 miejsce i walczy o Ligę Mistrzów, dlatego powinniśmy się spodziewać walki do ostatnich minut. Nie liczyłbym na to, że będzie to piękny mecz, ale jeśli ktoś lubi walkę, zaangażowanie, siłę i dużo determinacji – to z czystym sercem mogę polecić jutrzejsze spotkanie. Nawet dla fanów piłki angielskiej, którzy na każdym kroku podkreślają wyższość Premier League nad La Ligą, to powinien być interesujący mecz.

Dumni Baskowie przyjeżdżają do Barcelony w najsilniejszym składzie z Llorente, Javi Martinezem i Toquero, a także ze wschodzącą gwiazdą Muniainem. To głównie na tych zawodników powinniśmy uważać. Javi Martinez z kolegami będą chcieli zdobyć przewagę (a raczej: pozbawić jej FCB) w środku pola i tego powinniśmy się obawiać. Jak pokazały ostatnie mecze ze Sportingiem i Arsenalem środek pola, to klucz do zwycięstwa. O Llorente nie ma sensu pisać, wszyscy wiemy, że to bardzo dobry napastnik i nie wolno pozwolić mu na odrobinę swobody.

Z naszej strony, nie będzie Puyola i Jeffrena, reszta jest do dyspozycji Guardioli. W środku obrony zobaczymy zapewne Abidala z Pique, a z lewej strony Maxwella. Niestety takie są efekty kontuzji naszego Kapitana, ale w meczu z Bilbao widziałbym w pierwszym składzie Milito, który dobrze radzi sobie w powietrzu, a Abidal zagrałby na skrzydle siejąc popłoch w ataku i obronie. Ale jak pewnie wiecie, nie jestem trenerem Barcelony i nie mam pojęcia kogo wystawi Pep w wyjściowej XI.

Wracając jeszcze na chwilę do Puyola, ostatnie wieści są optymistyczne i tak jak pisałem, Guardiola przyjął taką samą taktykę jak w przypadku Xaviego, czyli nie będzie przyspieszał powrotu Carlesa do gry. Mam nadzieję jednak, że Puyol wyzdrowieje szybko i będzie zdolny do gry za tydzień z Mallorcą. Ważne, żeby trochę się ograł przed rewanżem z Arsenalem.

Jutrzejszy mecz z Bilbao trzeba wygrać, bo przewaga w tabeli zmalała do 2 punktów, a licho nie śpi. Luty powoli się kończy i jeśli wierzyć statystykom, dobra forma jest już tuż, tuż. Miejmy nadzieję, że jej prześwity zobaczymy jutro na Camp Nou.

Jaki wynik obstawiam? He? Aaaa wynik: 2-1 dla Barcy. I niech tak się stanie.

UPDATE:

Wiadomość z ostatnich chwil: Victor Valdes nie zagra z Bilbao. Niestety nasz podstawowy bramkarz doznał urazu lewego kolana i nie będzie mógł wystąpić w dzisiejszym meczu. Na razie nie wiadomo na ile poważna jest to kontuzja, ale z tego co czytam na oficjalnej stronie to raczej nic poważnego.  To dopiero druga kontuzja Valdesa w przeciągu siedmiu lat, ciekawe, że obydwie wyeliminowały go z gry przeciw Baskom.

Tak więc w bramce zobaczymy Pinto, który w tym sezonie zagrał już dwa razy przeciw Athletic Bilbao i spisywał się całkiem nieźle. Z drużyny rezerw do składu został powołany Oier Olazábal.

Czytaj dalej ...

piątek, 18 lutego 2011

Pomeczowe refleksje, czyli Arsenal vs. Barca 2-1.

Kilka rzeczy najpierw: co było najgorsze w tej porażce? Już odpowiadam – najgorsze było to, że kolejny raz w tym sezonie komuś bardziej zależało niż Barcelonie. Tak, to jest główny powód środowej porażki – nam aż tak bardzo nie zależało, a powinno! Nie wiem czy Barca zlekceważyła Arsenal, nie wiem czy poczuli się zbyt pewni siebie, wiem natomiast, że tak nie powinno być.

Arsenal zagrał dobre spotkanie i trzeba im to oddać. Podnieśli się z 0-1 i w końcówce pokazali charakter, czyli coś czego wiele osób im odmawiało w ostatnich latach. Chłopcy stali się mężczyznami? Nigdy nie lubiłem tego porównania - może dlatego, że lubię Arsenal – bo uwłacza zawodnikom Kanonierów, ale myślę, że w tym sezonie mają więcej doświadczenia i mogą przełamać serię bez trofeów. Zespół Wengera jest przedstawicielem tej samej filozofii co Barcelona i dlatego należy go podziwiać za odwagę. To chyba jedyny trener na świecie, który nie boi się grać z Barceloną otwartego futbolu. Ma na pewno większe jaja  niż niejaki Jose Mourinho, który nie ma o tym pojęcia… Ale czy po dobrym meczu w Londynie, stać będzie Arsenal na jeszcze większe wyzwanie jakim będzie rewanż w Barcelonie? Śmiem twierdzić, że nie.  Z prostej przyczyny: Barcelona to najlepszy klub na świecie.

Powiedzmy sobie szczerze porażka 2-1 na wyjeździe, to nie koniec świata, zwłaszcza po tym co wiedzieliśmy we środę. Barcelona mogła (powinna) wygrać ten mecz trzema, lub czterema bramkami i to by rozstrzygnęło dwumecz, ale niestety przegrała ten mecz 2-1 na własne życzenie. Za trzy tygodnie w Barcelonie będziemy świadkami zupełnie innego meczu i  jeśli nic złego się nie wydarzy, to możemy obejrzeć kolejną manitę. Zagalopowałem się? Nie sądzę.

Wróćmy na chwilę do środowego meczu: czy Arsenla był aż tak dobry? Nie, to Messi, Pedro, Iniesta zagrali słabo. Okazje były, to czego zabrakło to wykończenia, co wynikało z beznadziejnej gry w/w. Nie z jakiejś przebiegłej taktyki, świetnej obrony, czy pogody w Londynie – nasi najlepsi zawodnicy zagrali słaby mecz. Czy to może zdarzyć się dwa razy? Nie sądzę. Wystarczy, że jeden z nich zagra dobrze i Barcelona wygra. To nie jest mania wielkości z mojej strony, tylko analiza tego co widziałem we środę i na przestrzeni całego sezonu.

Barcelona jest organizmem, który może funkcjonować bez jednego czy dwóch elementów, ale nie czterech i nie przeciw takiemu rywalowi. Na szczęście Guardiola potrafi uczyć się na błędach i szybko wyciągnie wnioski ze swoich nienajlepszych decyzji, bo niestety takie podejmował we środowy wieczór.

Na koniec mała uwaga: Barcelona przegrała i świat się nie skończył, słońce świeciło następnego dnia, ludzie żyli jak dawniej, świat nie zwariował. Arsenal teraz będzie żył na fali tego sukcesu, dziennikarze rozpisują się nad tym zwycięstwem dopisując mu przeróżne znaczenia. Dwumecz się jeszcze nie skończył. Barcelona wciąż żyje.

Visca el Barca!

Czytaj dalej ...

środa, 16 lutego 2011

Przeżyjmy to jeszcze raz, czyli Arsenal–Barca 2010.

Czytaj dalej ...

Arsenal vs. Barca, czyli święto piłki!

Już tylko kilka godzin dzieli nas od święta piłki! Arsenal kontra FC Barcelona – dwie drużyny, które najdelikatniej obchodzą się z piłką, które mają swoją filozofię i które bawią się na boisku. Nie zobaczymy dziś kunktatorstwa, zasieków obronnych, gry na 0-0, o nie! Dziś będziemy świadkami święta piłki nożnej, czyli czegoś o czym każdy fan futbolu marzy – gra ofensywna, z polotem, elegancją i klasą.

Pewnie czytaliście już wszystkie możliwe analizy i artykuły dotyczące dzisiejszego meczu i wiecie, że Puyol nie zagra, a Nasri jest w szerokim składzie i być może wejdzie. Obie drużyny jednak wydają się być w mniej więcej optymalnych składach. Rok temu Arsenal był osłabiony w obronie i  w ataku, a Barca grała bez Iniesty, dziś nie będzie wymówek.

Jaki skład Barcelony przewiduję? Taki jak zonal-marking.com:

Myślę, że Pep nie zaryzykuje z Milito i wystawi Abidala na środku obrony i Maxwella na lewej stronie. Maxwell nie ma szans z Walcottem, ale dzięki Abidalowi będzie czuł się pewniej, bo Eric będzie miał za zadanie pilnować lewej strony.  Z drugiej strony jest Dani Alves, który będzie grał bardzo wysoko, co może być problemem znając ruchliwość van Persiego, Nasriego czy Arshavina. Pique powinien być bardzo ostrożny, a Busquets będzie musiał skupić się na defensywie.

W pomocy wyjdzie nasze najmocniejsze ustawienie: Busi, Xavi i Iniesta. Najważniejsze pytanie brzmi: jak bardzo agresywny w ataku będzie Iniesta? W zeszłym roku Andresa nie było w składzie ponieważ leczył kontuzję, w tym roku widzimy jak wilki wpływ na naszą grę ma Ghostface. Zakładając, że Song będzie odpowiedzialny za Messiego, a Fabregas za Xaviego, do krycia Iniesty będzie delegowany Wilshere o to będzie wielki test dla 18-latka. Oczywiście, że Arsenal będzie starał się bronić zespołowo, ale zostawienie 1 na 1 Wilshere’a z Iniestą może być naszą przewagą – może być, bo to zależy od agresywności Andresa w ataku.

Messi – Pedro – Villa będą odpowiedzialni za atak. Gdy Messi strzela gola w LM, to Barca nie przegrywa, ale nawet jak Messi nie strzeli, to mamy Pedritto i Ville.

Nie ma co więcej pisać, zostało kilka godzin do meczu i nic więcej nie da się powiedzieć. Emocje sięgają zenitu.

Obstawiam wynik 1-3 dla Barcy i życzę wszystkim pięknego wieczoru z piękną grą.

Czytaj dalej ...

poniedziałek, 14 lutego 2011

Ronaldo: gruby geniusz, który łączy


Oryginalny Ronaldo ogłosił dziś swój ostateczny rozbrat z profesjonalną piłką. Kończy w nie najgodniejszych okolicznościach, bo w reakcji na groźby swoich kibiców rozczarowanych postawą El Gordito i reszty Corinthians. Ale cała reszta fanów piłki i piłkarskiego świata składa hołd człowiekowi, który powinien gościć w zestawieniach największych geniuszy ludzkości obok Mozarta, Szekspria, Einsteina... Eltona Johna?

Grając w Barcelonie strzelał Realowi, w Interze - Milanowi. W Realu strzelał Barsie, w Milanie - Interowi (w życiu osobisty też miał pociąg do gry na dwa fronty). Mimo to, nie stał się obiektem nienawiści wśród kibiców żadnego z tych klubów. Może to kontuzje, tak liczne jak poważne, zaskarbiły mu współczucie i sympatię nawet zrazu niechętnych. A może to skala jego talentu ostatecznie przeważała.

To dla fanów Barcelony, w barwach której rozegrał swój najlepszy sezon w karierze, a jednak zdobył 'ledwie' Copa del Rey i Puchar Zdobywców Pucharów. Ależ to się wydaje proste w jego wykonaniu...



A to dla fanów Realu. W Madrycie zabawił dłużej, zdobył Mistrzostwo i Puchar Interkontynentalny. Wiem, że za szaleństwo projektu galacticos zapłaciliśmy drogo i płacimy do tej pory, ale przynajmniej mieliśmy okazję oglądać Ronaldo i Zidane'a w jednej drużynie.



Ronaldo w La Liga trafił do bramki w sumie 117. Ale jego gra to było coś więcej niż tylko gole. Oto najlepsze akcje El Gordito niezakończone trafieniem.


Sto lat, Il Fenomeno!

Czytaj dalej ...

Zwycięstwo w trybie awaryjnym. Espanyol - Real 0:1

Ktokolwiek strzela, dla fotografów i tak C-ron na pierwszym planie

Wyjazd do Espanyolu był dla Realu kluczowy po tym, jak Barcelona pobiwszy serię kolejnych zwycięstw z rzędu, w natłoku gier i klubowych i reprezentacyjnych, w końcu potknęła się w Gijon. Stanęliśmy przed szansą zmniejszenia straty do 5 punktów i znów przyspożenia walce o mistrzostwo rumieńców.

Espanyol to nie najwdzięczniejszy z rywali, kiedy potykać się z nim na wyjeździe. Tak ważne trzy punkty mięliśmy zabrać drużynie, która na własnym boisku przegrała tylko dwa razy, pierwszą z porażek notując dopiero tuż przed świętami z FCB, drugą - z Villarreal. Na stadionie Espanyolu (wtedy jeszcze na Olimpijskim) trudno nam się grało też przed rokiem, kiedy dopiero wejście Gutiego pozwoliło nam wygrać 3:1.

Za naszymi szansami przemawiały z kolei: osłabienie składu Espanyolu o Victora Ruiza (odszedł do Napoli) i Didaca Vilę (do Milanu), dwóch utalentowanych obrońców, oraz ogólny spadek formy Katalończyków. W nowym roku przegrali więcej meczów niż wygrali, wypadając z pierwszej szóstki, choć wciąż pogardzają podziałem punktów (tylko 1 remis w 23 meczach!). Wydawało się więc, że niejako do normy powracają wyniki drużyny, która dotąd grała lepiej niż można by o niej oczekiwać, zważywszy na stan posiadania.

Mecz, którego madridistas oczekiwali z umiarkowanym optymizmem, zaczął się od trzęsienia ziemi. Już w drugiej minucie Casillas wyleciał z boiska za faul na Callejonie w sytuacji sam na sam. Kontakt obu piłkarzy szczęśliwie nastąpił przed polem karnym, więc straciliśmy bramkarza, ale przynajmniej nie gola z karnego. Sytuacja była co najmniej nieciekawa - wciąż potrzebowaliśmy zwycięstwa, a na razie musieliśmy bronić remisu. Czerwo Ikera było zresztą najszybciej zarobionym w historii Realu, a być może i La Liga. Ha! Nie tylko Barcelona bije rekordy...

Mourinho od razu zdjął z boiska Di Marię i wprowadził Adana, Dudek - choć już sprawny - siedział na trybunach. Już drugi raz w tym sezonie Antonio musiał w trakcie gry wchodzić między słupki, ale w przeciwieństwie do meczu z Auxerre, tym razem stawka była wyższa, a publiczność mocno nieprzyjazna. Jednak nasz canterano nie zawiódł. Na dzień dobry obronił strzał z rzutu wolnego, a potem interweniował jeszcze parę razy. Nie spieszył się też ze wznowieniami gry, krótko mówiąc, wytrzymał presję, mimo że na tym poziomie rozgrywek jest kompletnie nieopierzony.

Strata zawodnika nie miała wielkiego wpływu na nasze ustawienie i taktykę. Z początkowego 4-2-1-3 zrobiło się 4-2-3, mediapunta Ozil zajął na prawym skrzydle miejsce Kluska. Ponieważ jednak nie mieliśmy łącznika pomocy z atakiem, musieliśmy grać bardziej bezpośrednio, licząc, że któryś z napastników wyprzedzi obronę miejscowych w walce o piłkę podaną z głębi pola. I to się sprawdzało. Akcje Espanyolu zatrzymywały się w środku boiska, skąd raz po raz ruszały nasze groźne kontry. Zwłaszcza w pierwszej połowie to my mieliśmy znacznie więcej czystych sytuacji. Najpierw z bliska głową uderzał Khedira, potem strzał Marcelo wylądował na poprzeczce.



(Analiza dwóch kluczowych momentów meczu. Cajellon nie był na spalonym, bo zaspał Carvalho. Ricardo powtórzył ten błąd jeszcze w drugiej połowie, ale sędzia pomylił się na naszą korzyść.)

W 23. minucie Ronaldo wypuścił Marcelo na lewym skrzydle, nasz kapitan (Casillas w tym czasie wykąpany i w garniturze siedział już na trybunach, Ramos na ławce) wbiegł w pole karne i z ostrego kąta pokonał Kameniego. To było dopiero jego pierwsze trafienie w tym sezonie ligowym, ale nie mógł Marceli otworzyć swojego strzeleckiego konta w lepszym momencie. Wtedy też zenitu sięgnęło rozchwianie emocjonalne kibiców, którzy od depresji począwszy, przeżywszy entuzjazm rosnący z każdą minutą dominacji Królewskich, mogli eksplodować w euforii, przekonani, że jednak ten mecz rozstrzygniemy na swoją korzyść.

Tym bardziej, że gospodarze szybko stracili werwę, stać ich było tylko parę minut dobrej gry na fali wydarzeń z samego początku meczu. Im dłużej trwał mecz, tym trudniej było im się przedostać pod bramkę Adana. Mieli co prawda przewagę liczebną w środku pola, ale ponieważ nie są mistrzami gry w ataku pozycyjnym - większość zwycięstw odnieśli wykorzystując błędy obrony rywali i szybkość swoich skrzydłowych - na niewiele im się to zdało. Tym bardziej, że nasi napastnicy pozostając na dość wysuniętych pozycjach, zniechęcali bocznych obrońców Chicę i Javiego Lopeza do wycieczek na naszą połowę. W tyłach mięliśmy więc wciąż przewagę liczebną 6 do 5.

Trzeba jednak zaznaczyć, że w Espanyolu zabrakło też najlepszego strzelca (i uznanego za najprzystojniejszego piłkarza Primera) Osvaldo. Pod jego nieobecność w ataku blanquiazules zagrał ciapowaty Sergio Garcia. Odpowiadający za kreowanie gry Luis Garcia radził sobie słabo i jako pierwszy został zmieniony przez trenera. Tymczasem C-ron z Manolo Adebayorem rozpędzali się coraz bardziej po drugiej stornie boiska.

Po pierwszej połowie najbardziej było żal niewykorzystanych okazji. I C-ron i Ade, zwłaszcza ten drugi, mogli strzelić po parę goli i praktycznie przypieczętować zwycięstwo jeszcze przed przerwą. Manolo pokazał naprawdę imponującą szybkość, ruszając nawet do niedokładnych podań i wielokrotnie wyprzedzając obrońców. Parę razy zabierał też piłkę stoperom. Krótko mówiąc, wykonał ogrom świetnej roboty. Ale ilość straszliwych pudeł, jakie zaliczył mając przed sobą tylko Kameniego woła o pomstę do nieba. Ronny dużo strzelał z mniej klarownych sytuacji, ale i on nie miał do końca swojego dnia. Mimo to, liczba wykonanych przez niego sprintów i samotnych rajdów wśród trzech, czterech obrońców była naprawdę imponująca.

Po golu Marcelo, Mourinho cofnął Ozila i Ronnyego na pozycje skrzydłowych w ustawieniu 4-4-1. Miło było zobaczyć Cristiano, jak cofa się, by pomóc w obronie. W drugiej połowie wyszedł mu nawet piękny wślizg w pełnym biegu. I choć raczej natury obrońcy w sobie nie odkrył ani on, ani Mesut, już sama ich obecność w tyłach była wystarczającym wsparciem.

Ozil był w niedzielę niewidoczny. Tak, jakby przytłoczyła go odpowiedzialność za prowadzenie naszej gry pod tak dużą presją. Rzadko próbował dryblować, za to często i łatwo tracił piłkę. Bez zarzutu były tylko jego podania, precyzyjnie posyłane do najlepiej ustawionych partnerów.

W drugiej połowie grało nam się ciężej i rzadziej wyprowadzaliśmy kontrataki, skupiając się bardziej na obronie prowadzenia. Espanyol wciąż grał systemem 4-2-3-1 i nie atakował zbyt groźnie. Na niecały kwadrans przed końcem Ozila zmienił Lass, który energiczniej wspierał Arbeloę na prawej obronie. Chwilę potem Pochettino wprowadził za Chicę Ruiego Fontę, a więc drugi napastnik zastąpił prawego obrońcę. Wliczając skrzydłowych, Espanyol nacierał więc czterema zawodnikami. Żeby więc zniwelować ich liczebność pod naszym polem karnym, Lass cofał się coraz głębiej, stając się piątym obrońcą. Arbeloa grał jako trzeci stoper.

W efekcie cofnięcia naszej prawej strony, w pomocy zostali nam tyko Khedira, Alonso i Cristiano, którym trudno było jednocześnie zabezpieczać środek pola i asekurować boki. Stąd wzięły się nasze problemy na lewej obronie, gdzie nie radził sobie osamotniony Marcelo i parę razy nie upilnował Callejona. Mou odpowiedział wprowadzając Sergio Ramosa zamiast zmordowanego Adebayora. Ramos ustawił się na prawej pomocy, żeby wspierać Arbeloę zamiast Lassa, który teraz przeniósł się na lewą stronę i zapełnił lukę w naszym ustawieniu. Odtąd wyglądaliśmy już na bezpiecznych. Ronaldo pozostał jedynym napastnikiem i zdążył jeszcze pokręcić trochę trójką obrońców.

Dzięki mądrym decyzjom Mou oraz niespecjalnie odważnym decyzjom Pochettino, udało nam się osiągnąć potrzeby wynik mimo poważnych przeciwności. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że ogromną rolę odegrały umiejętności indywidualne: Ronaldo, Adebayora, Marcelo, także Ozila. Pepe był w obronie genialny. Espanyol nie miał w swoim składzie piłkarzy dorównującym im talentem. Na wyróżnienie zasługuje właściwie tylko Callejon, który ponad przeciętność wybija się jednak głównie szybkością i odwagą.

Real wygrał więc zasłużenie i podobnie jak w grudniowym meczu z Sevillą po stracie zawodnika pokazał charakter, ale też olbrzymią wytrzymałość kondycyjną. Takie mecze na pewno dodadzą nam pewności siebie, bardzo potrzebujemy przed meczami w LM. Największy jej zastrzyk dostał bez wątpienia Adan, choć morale podniósł sobie też Marcelo, który ostatnio wysiadywał na ławce.

Za tydzień czeka nas mecz z Levante, które po raz drugi w tym sezonie podejmować będziemy na Bernabeu. Raczej nie powinniśmy się spodziewać powtórki z CdR (Pulpito!), ale byłbym bardzo zdziwiony, gdybyśmy stracili punkty, nawet z Adanem (albo Dudkiem) w bramce. Wciąż więc liczymy się w walce na wszystkich trzech frontach. O to chodzi.

Na koniec, chcę odnotować kolejne, już szóste z rzędu zwycięstwo Castilli. Tym razem młodzi Blancos zaprezentowali 'recital, który ukoronował Morata', jak pisze RM.com. 7:1 z Deportivo i hattrick klasyczny Alvaro to najlepszy rezultat w sezonie. Castilla umocniła się na trzecim miejscu, ale tuż za plecami, w zasięgu jednego punktu, ma wciąż trzech rywali do walki o awans. Tylko że z formą taką jak obecnie, piłkarze Torila powinni chyba zacząć patrzeć przed siebie i spróbować zaatakować wicelidera, odległego tylko o cztery 'oczka'.



Hala Madrid!

Czytaj dalej ...

piątek, 11 lutego 2011

Wywiad z Jose Mourinho.

Nie jestem fanem RM ani Mou, ale zawsze warto obejrzeć taki wywiad.

Czytaj dalej ...

czwartek, 10 lutego 2011

Argentyna wygrywa z Portugalią, ale Messi remisuje z C-ronem [skróty]

W środę rozegrano wiele ciekawych międzynarodowych meczów towarzyskich. No, ciekawych jak na mecze towarzyskie.


Albicelestes wygrali z Portugalczykami 2:1, a wszystkie gole zdobyli piłkarze wielkiej dwójki La Liga, bohaterowie niniejszego bloga. Najpierw Messi asystował Di Marii, potem Ronaldo wyrównał, a na koniec Krasnal [tym razem akurat] wykorzystał karnego. Gołym okiem widać, że gracze Realu z Barceloną wygrywają 2:1! Okej, darujmy sobie to licytowanie się choć na parę dni. (Real i tak jest najlepszy!) Pół godziny na boisku zaliczył Lady Gago. Nie, nie nabawił się kolejnej kontuzji, wszedł z ławki. Cały mecz rozegrał też ten mniej fajny z braci Milito - Gabi.


Swoją obecność na boisku zaznaczył też niedoszły blanco - Hugo Almeida. Pomyśleć, że mogliśmy mieć w Madrycie to:


Zamiast tego:



Adebayor zrezygnował z gry w kadrze po tym, jak on i koledzy zostali ostrzelani podczas Pucharu Afryki. W innym wypadku, mógłby pomóc rodakom we wtorek w meczu przeciw Ghanie (Togo poległo 1:4).

Tymczasem Bernabeu było zapełnione mimo przerwy w rozgrywkach ligowych. W Madrycie właśnie Hiszpania podejmowała Kolumbię. Na boisku pojawili się: Casillas, Ramos, Pique, Albiol, Busquets, Xabi, Xavi, Iniesta, Villa i Pedro, a także Arbeloa, który zmienił Capdevilę. Wielu z nich jednak nie było już na boisku, kiedy emigrant na Wyspach David Silva strzelił jedyną bramkę z podania Jesusa Navasa, któremu do niedawna słabo robiło się podczas ligowych wyjazdów, o emigracji nie wspominając.



Brawa dla obu pomocników za tzw. szybkie nogi.

A to scena, jakich na Camp Nou w tym sezonie widzieli wiele.



No comment.

Kiedy spojrzeć na występy Benzemy w Primera Division (47 meczów - 10 goli), jego skuteczność w kadrze robi wrażenie (33 mecze - 12 goli). W środę zaliczył rozstrzygające trafienie przeciw Brazylii, wcześniej przyjmując - dosłownie - na klatę cios karate Hernanesa, za który ten ostatni wyleciał z boiska. Wśród Les Bleus cały mecz zagrał Abidal. Wśród Canarinhos - Dani Alves.




Francuzi mają fantastyczne oldschoolowe koszulki!

Kolejny - po Almeidzie - z 20 napastników, którzy znaleźli się tej zimy w orbicie zainteresowań Mourinho, Miro Klose, dał Niemcom prowadzenie w meczu z Włochami. W odpowiedzi, Italiani w próbowali przez cały mecz wymusić rzut karny, aż w końcu dali za wygraną i wyrównali dzięki bramce z gry, Rossiego z Villarreal. Cały mecz rozegrały nasze madryckie rodzynki znad Ruhry - Ozil i Khedira. W barwach Włoch zagrał natomiast Brazylijczyk Motta (wiadomo czyj wychowanek).


I to tyle. Cieszmy się, że obyło się bez urazów, i zanim dojdzie do kolejnej męczącej przerwy na reprezentację, czekają nas nie lada emocje w Primera, ale przede wszystkim w Lidze Mistrzów.
Hasta luego!

Czytaj dalej ...

wtorek, 8 lutego 2011

News dnia, miesiąca, roku: Pep zostaje na dłużej.

Czy może być lepsza wiadomość na koniec dnia? Pewnie może, ale na pewno ta jest jedną z najlepszych: Pep Guardiola, nasz cudowny trener, przywódca, lider, geniusz, a przede wszystkim wspaniały człowiek przedłuży kontrakt z Barcą o kolejny rok tj. do czerwca 2012.

Nie miałem wątpliwości, że tak się stanie, ale to dobry moment na ogłoszenie tej decyzji – tuż przed ważnymi meczami z Arsenalem i kolejnymi meczami w La Lidze. Drużyna tego oczekiwała i na pewno jest to dobry bodziec do kolejnych zwycięstw.

Strasznie się cieszę i teraz czekam na kolejne dobre nowiny: nowy kontrakt Abidala, który chce przedłużyć umowę o 3 lata (do 2015 roku) i skończyć karierę w Barcelonie. A do tego nie chce podwyżki! Na nowy kontrakt czeka też Pinto i pewnie go dostanie – dobry duch drużyny, a także całkiem niezły bramkarz: wygrał nam Copa del Rey rok temu dwa lata temu, a w tym roku będzie miał się okazję wykazać w El Clasico. No i oczywiście kontrakt Daniego, który zadeklarował chęć pozostania w klubie – więc mógłby już podpisać ten kontrakt!

Tyle dobrych wiadomości na dziś. Dobrej nocy.

Czytaj dalej ...

poniedziałek, 7 lutego 2011

Czynnik Kaka'! El Madrid v La Real 4:1

O radości! Opłakawszy styczniową siermięgę i stratę cennych dla walki o tytuł punktów, madridistas nie mogli sobie zażyczyć lepszego początku lutego. No, może gdyby jeszcze Floro przyjął dymisję Valdano, zamiast odkładać decyzję do końca sezonu, na wypadek gdyby jednak Mourinho przegrał cały sezon i miał zostać rzucony publice na pożarcie przez chroniących swoje niekompetentne łby członków zarządu, radość byłaby większa. Ale i tak nie narzekajmy. Po trudach napiętego kalendarza awansowaliśmy do finału CdR, podnieśliśmy głowy wyżej, a teraz w świetnym stylu rozjechaliśmy La Real w meczu - mam nadzieję - będącym oznaką wybudzenia się drużyny z zimowej drzemki i wzrostu formy przed zbliżającymi się kluczowymi meczami w Lidze Mistrzów.


W niedzielę, Mourinho zastosował rotację na do tej pory nieznaną kibicom skalę. Aż pięciu zawodników z niedzielnej pierwszej jedenastki nie wybiegło w środę przeciw Sevilli od pierwszej minuty [Ade, Kaka, Lass, Marceli i Eze(chiel) G(aray)] i przeciw Sociedad drużyna tryskała świeżością. Zwłaszcza w pierwszej połowie nasze ataki były bardzo intensywne i zamiast 2-0 mogliśmy spokojnie prowadzić 4-0. Albo 4-1, gdyby Iker w swoim genialnym stylu nie naprawił swojego klopsa, po którym Tamudo strzelał z pięciu metrów. Każdy z naszych napastników zasłużysz na dużą pochwałę, ale jednego trzeba wyróżnić przed pozostałymi.

Kaka rozegrał zdecydowanie swój najlepszy mecz po kontuzji i być może najlepszy w ogóle w Realu. Brał udział w prawie wszystkich akcjach pierwszej połowy, ciągle wychodził na pozycje, domagał się piłki, a gdy ją dostawał, natychmiast rozpoczynał kolejne natarcie. Mobilizował resztę zespołu do szybkiej gry na jeden kontakt, poganiał, gdy ktoś niepotrzebnie zwalniał akcje, krótko mówiąc, nadawał ton naszej grze ofensywnej. Zanotował strzał w poprzeczkę, asystę przy pierwszym golu C-rona, a przede wszystkim otworzył wynik ładnym, inteligentnym trafieniem.

Być może właśnie jego inteligencja najbardziej rzuca się w oczy, kiedy porównamy go z resztą atakujących. Pomyśleć tylko, jak często Benzema, Cris czy Di Maria walą piłką w las obrońców, kiedy tylko znajdą w polu karnym, czy przed nim, trochę miejsca. Kakinho swoim golem pokazał, że czasem warto podnieść oczy znad piłki, zanim łomotnie się ją byle w kierunku bramki. Oczywiście widać jeszcze po Kace, że daleko mu do pełni formy fizycznej (robi wrażenie autentycznie grubego), tempo gry wytrzymał przez ledwie godzinę. Nie zdziwię się też, jeżeli w następnej kolejce wróci na ławkę. Ważne, że pokazał, że wciąż jest w stanie dać drużynie to, czego jej dotąd najbardziej brakowało: lidera pomocy, charyzmatycznego rozgrywającego.

Ten mecz był świetną okazją dla Ozila, żeby uczyć się, jak grać, żeby drużyna cię słuchała. Przede wszystkim, nie wolno kryć się za obrońcami, tylko szukać gry - pokazywać się w samym centrum akcji , domagając się piłki. Śmielej zaznaczać swoją rolę w zespole, wyraźniej komunikować swoje intencje. Ledwie parę dni temu pisałem, że Ronaldo i spółka powinni zwracać na Mesuta więcej uwagi. Cóż, Mesut powinien też o należyte uznanie walczyć. Na szczęście walczy.

Na razie przy rosłych Cristiano i Kace wygląda trochę jak młodszy brat, 'Ozilek' albo 'Ozilito', ale jego postępy w ciągu tej połowy sezonu rokują znakomicie. Co ważne, zaskarbił sobie przychylność kibiców na Bernabeu i jest faworytem Mourinho ('przekonał do siebie wszystkich [w klubie]') - pod względem minut na ligowych boiskach jest Mesut na piątym miejscu w drużynie (1644 min.), a w dodatku pojawiał się w każdym z 22 meczów bez wyjątku, w przeciwieństwie np. do Marcelo, który w sumie grał więcej, ale dwa spotkania opuścił.

Trzeba tutaj zaznaczyć, że rotacje rotacjami, ale i Ronny i Ozilito bez trudności dotrzymywali kroku teoretycznie mniej zmęczonym rezerwowym. Na pewno warto dać odpocząć Di Marii - zwłaszcza, że na jego pozycji Mestu wypadł świetnie - i Xabiemu, który wydaje się trochę podupadać na formie. Ale CR7 grać może i chyba musi. Inaczej nie będzie strzelał bramek, a to go czyni bardzo nieszczęśliwym. I spiętym. Dobrze, że na swoje 26. urodziny ustrzelił dublet i zrzucił z siebie trochę presji (którą chyba sam sobie nakłada, trzeba zaznaczyć). Cris zakończył tym samym swoją najgorszą serię w Madrycie - czterech (!) kolejnych meczów bez gola. Ma ich już w sumie 50 (na Ziemi, bo na planecie Marca ma 51) w 51 meczach. Rekord (jakby za-twittował OptaJoe). W ramach swojego święta, C-ron wykonał też espaldinhę, dużo lepszą niż przeciw Atleti, a którą serwis 101GreatGoals określił mianem 'outrageous', czyli niech będzie, że 'szokującej'. Oto ona:




Feliz cumpleanos C-ron!

Niestety, okazało się, że był na spalonym:/

Wychwaliwszy Kakę, nie mogę oddać królowi tego, co królewskie. Manolo Adebayor, którego koledzy polubili już na tyle, że nadali mu tę ksywkę, był kapitalny. Jego udział w konstruowaniu ataków daleko, daleko od pola karnego raz po raz mnie zaskakiwał, bo Benzema mnie nauczył, że naszego napastnika trzeba raczej z wysiłkiem wypatrywać. Tymczasem Ade wyrastał jak spod ziemi zawsze tam, gdzie trzeba było pomóc w rozegraniu. Mimo dużego wzrostu, dryblowanie przychodzi mu z łatwością i jest naprawdę szybki. Ponoć kiedy jeszcze grał w Arsenalu, był drugim najszybszym zawodnikiem, za obrońcą Traore. Mam wrażenie, że od tamtego czasu Ade trochę przybrał na wadze, ale nawet jeśli ta historia jest plotką, to przynajmniej widać, z jakiego ziarna prawdy wyrosła.

Tak się szczęśliwie złożyło, że Manolo zadebiutował w pierwszym składzie obok Kaki, bo ich pozytywny wpływ na drużynę był tym silniejszy. Adebayor jak na napastnika gra bardzo zespołowo i dopiero teraz widać, ile może dać drużynie prawdziwa 'dziewiątka'. Co tam Benzema, nawet Higuain wyląduje na ławce, jeśli Manolo zostanie na następny sezon i potwierdzi klasę, którą zapowiadają pierwsze występy. Super, że udało mu się zdobyć w niedzielę gola, bo zasłużył na niego nie tylko samą grą, ale radością i entuzjazmem, który od niego nieprzerwanie bije.

Ale żeby nie było do mdłości różowo, trzeba sobie powiedzieć, że na sza obrona nie wyglądała najpewniej. Parę kontr La Real mogło się skończyć golami, skończyła się jedna. Najbardziej w tej sytuacji zawinił Marcelo, który chyba uznał, że blokowanie dośrodkowań nie jest jego zadaniem, oraz wprowadzony parę minut wcześniej Albiol, który katastrofalnie minął się z piłką w polu karnym. Raul zmienił Carvalho, który cierpi na bóle mięśnia czworogłowego i nie pojechał na zgrupowanie reprezentacji. W każdym razie kolejna stracona bramka martwi! Poza niedawnym 1-0 z Mallorcą, ostatni mecz ligowy, w którym nie straciliśmy gola to ten z Sevillą 10 grudnia. Trochę lepiej jest w CdR, gdzie w czterech ostatnich meczach Ikera pokonał tylko Aguero. Oby do był dobry znak przed- w końcu też pucharoym - dwumeczem z Lyonem.

Kontynuując pompowanie dziegciu do cysterny z miodem, Sociedad zagrał jak na siebie kiepsko. Zwykle 'dzielni Baskowie' grają bardziej zwartą formacją i potrafią nieco skuteczniej utrzymać się przy piłce. Wystarczy przypomnieć sobie nasz mecz z nimi jesienią. Ale cóż, Bernabeu potrafi onieśmielić i lepszych od nich. Może też drużyna Lasarte straciła trochę impet, który często charakteryzuje drużyny beniaminków zaraz po awansie. W niedzielę brakowało im Aranburu, czyli kapitana, ale i Prieto i Griezmann i Zurutuza byli w pełni sił. Żaden nie zachwycił.

Z innych wieści, nasi zawodnicy założyli na rękawy czarne opaski, żeby uczcić pamięć Antonio Mezquity, byłego trenera Castilli, który przepracował z nią 17 lat. Antonio kończył kurs trenerski razem z Del Bosque i pomógł wychować m.in. Casillasa oraz złote pokolenie madryckiej młodzieży z Granero czy De la Redem na czele. Jedna z anegdot mówi, że w rozgrywkach dziecięcej ligi Mezquicie oberwało się od dyrektora szkółki Realu, bo skrzaty Castilli ograły tych z pierwszej drużyny, utrudniając im walkę o tytuł z dzieciakami Atletico. Antonio obiecał więc, że Castilla Atletico też ogra i słowa dotrzymał. Innym razem, kiedy Del Bosque trenował pierwszą drużynę, stawiający w niej pierwsze (i ostatnie) kroki Eto'o spóźnił się z powrotem do Madrytu z podróży. Vicente, niezadowolony, przeglądał akta Samu, kiedy do jego biura w towarzystwie Kameruńczyka wszedł Mezquita, właśnie zwyciężywszy w młodzieżowym turnieju na Majorce i w raz z młodym Samuelem zajadał się przywiezionymi z Balearów ciastkami. Del Bosque, zwykle 'jowialny wąsacz' bardzo się ponoć wkurzył. Krótko potem, Eto'o miał tych ciastek pod dostatkiem, bo wyjechał na stałe na Majorkę, tam strzelać gole.

Dziś Castilla też ma się całkiem dobrze, głównie za sprawą Alberto Torila, który przejął drużynę po Alejandro Menendezie. Od tego czasu, nasza młodzież wygrała pięć meczów na pięć i wspięła się już na trzecie miejsce w I grupie Segunda B, premiowane grą w barażach o drugą ligę. W ostatnim meczu (2-0 z Pontevedera na wyjeździe) Morata nie trafił do siatki, ale wyręczył go Sarabia. Dwukrotnie. O naszych młodzieżowców zaczynają już pytać uznane europejskie firmy, co trochę cieszy, a trochę martwi, bo wolałbym kibicować im grającym na Bernabeu zamiast na Old Trafford. Mou zapowiada, że w następnym sezonie włączy Moratę do pierwszego składu. Oby chociaż sam Mourinho został na następny sezon...

Czytaj dalej ...

Comic relief: CR7.

1st Half.avi1

To się nigdy nie znudzi.

Czytaj dalej ...

Barca vs. Atleti 3-0, czyli na drugim biegu, a wciąż nie do zatrzymania.

Mecze z Atleti nigdy nie należą do przyjemnych, bo nie ważne w jakiej formie jest zespół z Madrytu, przeciwko Barcelonie gra dobrze. Jednak nie tym razem. Atleti jest w poważnym kryzysie i przydałaby się tam zmiana trenera, za to Barca gra najlepszy futbol w historii i to potwierdziła. Kolejny cudowny dzień na Camp Nou, kolejne rekordy zostały pobite:

- 16 zwycięstw z rzędu, to nowy rekord La Ligi, a licznik wciąż bije… (poprzedni rekord:15 zwycięstw RM sezon 1960-61)

- Messi wysunął się na prowadzenie w klasyfikacji pichichi – 24 gole w 19 meczach!

- wygrana z Atletico była wygraną numer 700 na Camp Nou.

Guardiola posłał do boju dość przewidywalną XI: Valdes, Dani, Pique, Abidal, Maxwell, Busi, Xavi, Iniesta, Pedro, Villa, Messi. I po raz kolejny potwierdziło się, że Abidal to obecnie najlepszy obrońca Barcy. Aguero miał ciężkie życie gdy przychodziło mu stanąć na przeciw Francuza. Abidal nie tylko musiał uważać na środek obrony, ale równie często musiał asekurować lewą stronę, gdzie Maxwell kompletnie sobie nie radził. Myślę, że jak dalej tak będzie wyglądała gra Maxwella, to Adriano zajmie jego miejsce. Niestety Maxwell w tym sezonie  jeszcze nie odnalazł rytmu, ani formy, a do tego stracił na szybkości i chyba czas najwyższy coś z tym zrobić (czytaj: odesłać go na ławkę).

Poza Abidalem, który dwoił się i troił w obronie, graczem meczu był Messi. Nie może być inaczej gdy strzela się hat-tricka – powiecie, a ja napiszę, że nie tylko o hat-tricka tu chodzi. Barca nie grała na najwyższych obrotach w sobotę, ba! Xavi miał kilka niecelnych podań, Busquets był rozkojarzony i więcej widzieliśmy Złego Sergio, niż tego Dobrego. I w takim meczu Messi pokazuje ile naprawdę jest wart. Chyba najlepiej jego występ podsumowuje ta akcja:

Jasne, Leo strzelił trzy gole i można by było na tym poprzestać, ale gdy twój najlepszy zawodnik wraca do obrony, a raczej ściga Aguero, przez jakieś 40 metrów, po to by odebrać mu piłkę – musisz wstać i zacząć bić brawo. Dlatego Leo jest wielki. Wie, że bez drużyny byłby nikim i pracuje tak samo jak każdy (jeśli nie ciężej) by drużyna wygrała mecz. Przez to cała drużyna jest lepsza.

Po co ci zawodnik, który oddaje 15 strzałów w meczu, robi z siebie pajaca i  oczekuje, że reszta będzie mu podawać piłkę? I że niby taki zawodnik jest bardziej kompletny niż Messi?! Skończmy z tymi żartami.

Jak trudno jest kryć Messiego pokazał pierwszy gol. Na pierwszy rzut oka nic szczególnego, klasyczna akcja Messiego, zejście do środka i strzał. Phi! Też bym tak potrafił! No może nie do końca. Zwróćcie uwagę jak ciężko obecnie jest pokryć Messiego: po pierwsze w pole karne wbiega Alves, za którym biegnie jeden z obrońców, w polu karnym jest pięciu zawodników Atleti i wszyscy są w pobliżu Messiego, jeden zderza się z drugim i upada, Messi go mija i teraz zatrzymajcie na chwilę wideo a zobaczycie to:

Barcelona 1-0 Atletico Messi HD.mkv1

(ta grafika to moje dzieło:)

Po lewej stronie jest Villa, w środku Iniesta i w takiej sytuacji jest po tobie. Messi może strzelić, może podać do jednego z dwóch w/w, a ty nie wiesz kogo pokryć. Nawet jeśli wiesz, to nie zdążysz. Messi już strzelił, a ty musisz wyjmować piłkę z siatki.

Messi jest najlepszym zawodnikiem na świecie, ale nie byłby aż tak dobry gdyby nie grał w Barcelonie. 

Nie będę opisywał kolejnych goli, bo jest już poniedziałek i pewnie wszyscy znacie je na pamięć. Barcelona wygrała 3-0 bez większych problemów – Valdes w całym meczu dotknął ręką piłkę 4 razy, a 13 razy nogą, niech to będzie dowodem. Widać było, że Barca nie chciała forsować tempa i po strzeleniu bramki, zmieniła bieg z 3 na 2, co na Atletico w takiej formie w zupełności wystarczyło.

Teraz 14 zawodników udało się na zgrupowania swoich drużyn narodowych i niech Bóg ma ich w opiece. Za tydzień gramy ze Sportingiem, a potem czeka nas wyjazd do Londynu na sparing mecz Ligi Mistrzów z Arsenalem. A więc powoli zaczyna się ta faza sezonu, w której wszystko będzie się decydowało i uwierzcie mi – już nie mogę się doczekać.

Zespół: 7.  Grając na pół gwizdka wygraliśmy z Atleti, nie wszystko było idealnie, dużo niecelnych podań, a na początku drugiej połowy dużo chaosu. Z lepszym przeciwnikiem mogłoby być różnie, a tak 3-0.

Guardiola: 8. Dobra wyjściowa jedenastka, przede wszystkim ciągle jestem pod wrażeniem tego jak Pep potrafi zmotywować zawodników do wygrywania. Moim zdaniem za długo czekał ze zmianami, ale pewnie było to spowodowane tym, że teraz jest przerwa na reprezentacje, albo i nie.

Valdes: 6. Kolejne czyste konto, kolejny pewny występ. Za dużo roboty nie miał.

Dani Alves: 7. Dużo dobrych zagrań w ataku: podania do Messiego, rajdy, a także niebywała wytrzymałość i pracowitość, ale z drugiej strony gorzej w obronie. W takich meczach jeszcze można na to przymknąć oko, ale fajnie by było gdyby skupił się też na defensywie od czasu do czasu.

Waka-Waka Pique: 7. Dobrze, że miał Abidala obok siebie, bo Aguero raz po raz go wyprzedzał. Parę niedokładnych interwencji, na szczęście bez konsekwencji. Może to Shakira go tak rozprasza…

Abidal: 9. Czemu nie? Występ godny zawodnika meczu. Jak ktoś napisze, że Abidal nie potrafi grać na środku obrony, to albo nie oglądał żadnego meczu Barcy w tym sezonie, albo jest głupi. Tak czy siak współczuję.

Maxwell: 5. Za wolny, za mało zdecydowany, albo po prostu bez formy. Przeszedł obok meczu, a mecz przeszedł obok niego.

Busquets: 6. Za dużo strat, za mało myślenia. W takim meczu bardziej przydałby się Mascherano.

Xavi: 6. Bez błysku. Czasem za dużo trzymał piłkę, co wynikało z niemożności podjęcia decyzji, co nie jest dobrym znakiem. Trochę poza grą.

Iniesta: 7. Lepiej niż Xavi, ale nie w najlepszej dyspozycji. Parę zagrań genialnych, ale generalnie za mało aktywny.

Pedro: 6. Coś próbował, szarpał na skrzydle, oddał chyba jedne strzał na bramkę. Zakończył swoją serię meczów z golem na koncie, ale zawsze można liczyć na jego pracowitość i właśnie to pokazał w tym meczu.

Villa: 5. David, oj David gdzie są akcje, strzały, okazje, a przede wszystkim gdzie są gole? To co w przypadku Pedro, tylko, że z tą różnicą, że Villa jest napastnikiem a od takiego oczekuję goli. Pedro nie musi ich strzelać – choć fajnie jak to robi – ale Villa powinien. Tu sama pracowitość nie wystarczy.

Messi: 9. Zawodnik meczu. Trzy gole. Odbiór na Aguero. Podania, gole i obrona – czy ktoś chce coś dodać?

Zmiany:

Keita (za Iniestę): 6. To pierwszy zmiennik Guardioli: zawsze pracowity, waleczny i wykonuje wszystkie założenia taktyczne. Poza tym gdy jest w środku pola, ciężko go ograć.

Afellay (za Xaviego): Za mało czasu na ocenę, ale mimo tych paru minut na boisku, zdążył pokazać, że potrafi podać i że myśli na boisku – gdy minął kilku zawodników, dobiegł do pola karnego, zobaczył, że nie ma do kogo podać, więc odwrócił się i wycofał piłkę. Ilu zawodników strzelałoby bezmyślnie w takiej sytuacji? Na pewno jedne z nich gra  RM i kosztował jakieś 90 milionów euro, a Afellay kosztował 3 i jest mądrzejszy.

Bojan (za Pedro): Za mało czasu na ocenę, co w jego przypadku powinno go cieszyć.

Czytaj dalej ...

piątek, 4 lutego 2011

Comic relief: Robbie Savage

Wiem, że wpis nie na temat, ale czasem trzeba spuścić ciśnienie. Pytanie: czy Robbie Savage tylko ma do siebie dystans, czy jest pomylony? Sami sobie odpowiedzcie... że to drugie.


Robbie Savage is a wank, you know what I do to those people who call me that?

Czytaj dalej ...

czwartek, 3 lutego 2011

Almeria vs. Barca 0-3 (0-8), czyli młodzież prowadzi nas do finału!

Wszyscy już wiedzą, że w finale Copa del Rey zmierzymy się z Imperium Zła, ale żeby do tego finału mogło dojść Barca musiała pojechać do Almerii i obronić zaliczkę z pierwszego meczu (dla przypomnienia: 5-0). W tym sezonie już raz pojechaliśmy do Almerii – a było to tuż przed El Clasico – i wygraliśmy 8-0. Jednak tym razem Pep postanowił oszczędzić podstawowych zawodników i wysłał do boju 9 nominalnych rezerwowych i 2 zawodników z pierwszego składów (Alves i Busi). Ogromnie się ucieszyłem z tej wiadomości, bo przy tak napiętym terminarzu, każda możliwość odpoczynku jest dobra i należy ją wykorzystywać (coś o czym np: Mourinho zdaje się nie mieć pojęcia). Tak więc nasza wyjściowa jedenastka wyglądała tak:

Pinto, Alves, Milito, Sergio B., Adriano, Mascherano, Thiago, Keita, Afellay, Bojan i Nolito.

Niech Was nie zwiedzie drugi skład, to wciąż jest Barcelona. To jest chyba najlepsze w tej drużynie, że nie ważne jakim składem gramy – styl, taktyka, pasja, filozofia gry zawsze jest taka sama. Oczywiście wykonanie może się różnić (jak np: w rewanżu z Betisem), ale gdy zawodnicy są głodni gry i mają coś do pokazania, to możemy być pewni, że nas nie zawiodą. Nie zawsze będą wygrywać, ale zawsze będą prezentować określony styl i filozofię (coś o czym Imperium Zła nie ma pojęcia). I to jest nasze największe  szczęście, że kibicujemy drużynie z duszą, która się zmienia, czasem gra lepiej, czasem gorzej, ale ważne jest by w tym wszystkim był jakiś zamysł.

Johan Cruyff powiedział w jakiś wywiadzie, że dla niego zawsze najważniejszy był styl gry, a dopiero później, to czy mecz był wygrany czy przegrany i cieszę się, że ta filozofia jest filozofią naszego klubu.

Wracając do wyjściowej jedenastki, Guardiola w środku postawił na Mascherano, Keitę i z tyłu Busquetsa, przez co Almeria musiała atakować skrzydłami, ale po pierwsze: robiła to rzadko, po drugie: jeśli już, to na wysokości zadania stawali nasi obrońcy. I nie piszę tutaj tylko o Alvesie z Adriano, bo Gaby Milito , nieraz bardzo dobrze asekurował w/w dwójkę. Skoro jestem już przy obrońcach, to muszę napisać, ze to był najlepszy mecz Milito od dawna: był agresywny, zdecydowany i kilka razy świetnie wyprowadzał piłkę. Cieszę się, że powoli Gaby wraca do formy i mam nadzieję, że ominął go kontuzje, bo jest nam niezwykle po prostu potrzebny. Nawet jeśli odejdzie (lub klub się go pozbędzie) zawsze będzie jednym z moich ulubionych zawodników.

Gol na 0-1 padł po indywidulanej akcji Adriano. Świetny rajd między obrońcami i precyzyjne wykończenie. Ostatnio wiele krytyki spadło na Adrano (sam go krytykowałem) za to, że nie jest drugim Danim Alvesem, cóż należy tylko powiedzieć: I DOBRZE! Jest sobą. Jest silny, trochę masywniejszy niż Alves i ma swój styl gry. Nie możemy od niego wymagać, by był Danim. Poza tym ten gol! To jest coś, co także różni go od Alvesa – po minięciu obrońców strzelał i to powinien robić też Alves. Dobry mecz Adriano nie tylko w ataku, w obronie także nie popełnił błędów i miał kilka dobrych przechwytów. Koniec o obrońcach.

Wspominałem już, że w pomocy grali Keita i Javier, ale zapomniałem napisać, że był tam też Thiago. Chłopak, który już w przyszłym roku na stałe dołączy do składu i będzie postrachem wszystkich rywali.  W stylu poruszania się po boisku przypomina trochę Ronaldinho, co już jest dobrym prognostykiem, ale oprócz tego znakomicie podaje, jest szybki i potrafi strzelać, co pokazał wczoraj. Najpierw podał do Alvesa, wbiegł w pole karne, Alves wrzucił piłkę na głowę Thiago i było 0-2. Tak wygląda przyszłość Barcelony. Może mniej tiki-taki, ale więcej takich akcji: na pełnej szybkości, kilku zawodników wbiega w pole karne i kończą akcję. Wielki talent.

Czas przejść do tego, co Blaugrana lubi najbardziej, czyli atak. Bojan, Nolito i Ibrahim “3 mln” Afellay – fajny tercet, ale Bojan jest bez formy, pewności siebie i Bóg wie czego jeszcze. Chłopak jest już 4 sezon z pierwszy składem, a nie widać żadnego progresu: słaby fizycznie, miota się po boisku, nie znajduje sytuacji. Szkoda, ze nie został wypożyczony w tym okienku transferowym, choćby na te pół roku, gdzieś gdzie mógłby grać w pierwszy składzie pełne 90 minut, mecz w mecz – chyba tylko to może go uratować, bo cały klub dał mu tyle wsparcia i zaufania ile nikomu przedtem, a Bojan jest ciągle tym samym Bojanem co 4 lata temu. Drugi Brożek, czy co?

Nolito to inna historia, bo prawdopodobnie już w czerwcu odejdzie gdzieś do Portugalii (w grę wchodzi Benfica) i to dla niego dobre miejsce. Na razie musi przyzwyczaić się do szybkości gry na poziomie La Ligi, bo tak naprawdę tylko tego mu brakuje.

Afellay! Afellay! Ibrahim Afellay! Najlepszy transfer od lat – 3 miliony za taki talent! Ktoś w Barcelonie ma łeb na karku. Przy okazji transferów do Barcelony zwykliśmy mówić, że nowo kupiony zawodnik potrzebuje czasu na wkomponowanie się w zespół i zrozumienie taktyki. A że zazwyczaj Barca kupuję piłkarzy za grube miliony, to presja jest na nich olbrzymia. Afellay został kupiony za 3 mln, presje ma mniejszą, ale i tak mówiliśmy, że będzie potrzebował dużo czasu na wejście w drużynę, że dopiero za rok zobaczymy prawdziwego Afellaya. A okazało się, że on nie potrzebuje dużo czasu! Jego proces aklimatyzacji trwał tydzień, po czym Ibi zaczął pokazywać na co go stać.

I to właśnie nasz Afellay strzelił trzecią i ostatnią bramkę w tym meczu. Dostał podanie od Keity na skraju pola karnego i uderzył w długi róg bramki.

Lubię oglądać naszych młodych zawodników, którzy chcą coś udowodnić, a przy tym nie mają problemu z pokonaniem drużyny z La Ligi. W sobotę gramy z Atleti na Camp Nou i cieszy mnie to, że cały pierwszy skład sobie odpoczął. Do tego Iniesta dziś wrócił do treningów i ma być gotowy w sobotę na 100 procent.

Dzisiaj także wprowadzam oceny za mecz, są to moje subiektywne oceny w skali od 1-10 i będę starał się po każdym meczu robić taki ranking. Oto pierwszy z wielu:

Zespół: 8. Prawie doskonały występ. Drugi skład zrobił, to co do niego należało: nie roztrwonił przewagi, a do tego dołożył 3 gole i nie stracił żadnego, a najważniejsze zrobił to ze stylem.

Guardiola: 10. Skład dobrał znakomicie, dał odpocząć podstawowym zawodnikom, nawet temu, który “chce grać w każdym meczu”. Do tego zmiana Busiego w przerwie, bo dostał żółtą kartkę. Perfecto.

Pinto: 5. Spokojny występ. Nie napracował się zbyt wiele, a gdy już musiał się ruszyć, to z sensem.

Alves: 7. Dobry w obronie, w ataku już nie tak bardzo. Ile razy krzyczałem do ekranu, żeby strzelał, podał a on robił zupełnie coś odwrotnego? Na szczęście miał piękną asystę do Afellaya i to mi wystarczy.

 Busquets: 8. Kolejny raz jako środkowy obrońca i nie mam zastrzeżeń. Do tego kilka świetnych przechwytów, a do tego dobrze wyprowadzał piłkę (czego mogliśmy się spodziewać). Drugi Yaya? Nie, pierwszy Busquets.

Milito: 8. Drugi środkowy obrońca i druga 8. Jak już pisałem, najlepszy mecz Milito od dawien dawna, do tego ta interwencja z drugiej polowy w polu karnym, kiedy wściekle zaatakował i zablokował strzał! Oby tak dalej.

Adriano: 8. Pierwszy mecz, który mu wyszedł i w którym pokazał, że może być “pierwszym Adriano”. Solidnie w obronie i dobrze w ataku. Plus piękny gol.

Mascherano: 8. Jestem wielkim fanem Javeira, ale to nie dlatego dostał 8. Gdy gra to środkiem pola nikt pod nasz pole karne się nie dostanie, możesz próbować 100 razy i za każdym razem swoją akcję skończysz na Mascherano.

Keita: 7.  Niby mało widoczny, a gdy trzeba to właśnie on przychodzi z ratunkiem. Guardiola mówi, że to jego ulubiony piłkarz i się nie dziwię: skromny, pracowity i utalentowany, czego chcieć więcej?

Thiago: 7. Starał się, pokazywał się, znowu się starał i w końcu dopiął swego. Gol z główki, tego się nie spodziewaliśmy, prawda?

Nolito: 5. Trochę za mało, żeby zaimponować. Wyraźnie musi się przestawiać na grę na poziomie La Ligi. Widać potencjał, ale chyba jednak nie na miarę Barcelony.

Afellay: 9. Bardzo dobry mecz Ibiego. Kilka świetnych podań, rajdów i odważnych strzałów, do tego dużo pracował w obronie. No i pierwszy gol w barwach Barcelony (tak samo jak Adriano). Zawodnik Meczu.

Bojan: 3. Widziałem go w pierwszych 5 minutach wyglądał naprawdę dobrze, a potem? Potem już go nie widziałem, a szkoda, bo chętnie powiedziałbym mu parę słów, a tak nic nie powiem.

Zmiany:

Pique (za Sergio): 24.  Bez fajerwerków, solidnie. W czasie gdy się rozgrzewał na stadionie leciała “Waka-Waka”, może się rozmarzył? Skończył 24 lata więc jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Gerard!

Teraz zapraszam do komentarzy.

Czytaj dalej ...